20 marca 2012 o godz. 11:43

Bandyci Rodriguez – rozdział 13

Oto jeden z rozdziałów (jeszcze przed ostateczną redakcją) nowej powieści Łukasza Gołębiewskiego pt. "Bandyci Rodriguez", w której bohaterowie - para bliźniaków Riocardo i Rosita - uciekając przed policyjną obławą wpadają w zasadzkę.
Premiera powieści - styczeń 2013.

13. Niedziela, 13 października 1996, po piątej, Sierra Ixtepeji

Delikatna osłona jedwabiu, miękka, śliska, atłasowa, tak cienka, że czuć pod nią fakturę skóry. Oddycham zapachem jej włosów, wtulam głowę w szyję, dłonią błądzę po piersi, twardej i sterczącej, zakrytej, a przecież pod tym fularem tym bardziej nagiej, tym bardziej podniecającej. Drugą dłonią błądzę po nagim brzuchu, wyczuwam znajomy pieprzyk i małą bliznę poniżej pępka, krótka koszulka nocna nie zakrywa ud, ani łona, ani białych pośladków, na które napieram, ponad którymi wznosi się odwrócona, najeżona kolcami wytatuowana róża.
– Siedź spokojnie – fuknęła. – W tej mgle nic nie widzę.
– Ja też nic nie widzę, ale wszystko czuję – całuję ją w szyję, potem w ucho.
– Uspokój się!
Nie umiem być spokojny. Jedziemy bardzo wolno. Mgła jest tak gęsta, że nie widać nie tylko drzew wokół, ale też drogi. Toczymy się, szybciej byśmy się czołgali, ciężkie koła BMW zapadają się w miękkim poszyciu. Pachną jej włosy, pachnie jej skóra, pachną igliwie i paprocie, pachną szyszki i kora, pachną rosa i mech. Uciekinierzy, wyjęci spod prawa, bandyci Rodriguez, wolni, zakochani i szczęśliwi. Dla takich chwil warto żyć, w takich chwilach można umrzeć bez żalu, z poczuciem spełnienia, z radością w sercu. W takich chwilach nie można zachować spokoju.
– Kocham cię – szepcę jej do ucha – nie odpowiada, ale nieznacznym gestem mocniej przytula szyję do mojej twarzy. – Ciebie też, Muxo – głaszczę zazdrosną kotkę, która zaczyna wiercić się niespokojnie. – Zróbmy sobie postój, przeczekajmy mgłę.
– Nie Ricardo, żadnych postojów. Tu są góry, jest tylko kilka szlaków, łatwo nas wytropić. Ta droga wije się po głazach i strumieniach, to śmiertelnie trudny i męczący odcinek, dla kozic, nie dla pary motocyklistów z kotką. Musimy posuwać się do przodu, tu drzewa są zbyt rzadkie, zbyt dużo odkrytych przestrzeni, polan, samotnych skał, gdy opadnie mgła, wypatrzą nas z helikoptera. Korzystajmy, że nic nie widać, że na razie nie mogą ani latać, ani rozpocząć obławy. Musimy przedostać się do parku narodowego Benito Juareza, znam doskonale tamten teren, jest gęsto porośnięty, wydeptane przez zwierzęta ścieżki są trudno dostępne, jest tam też kilka miejsc, gdzie możemy założyć obóz i zastanowić się spokojnie nad naszą sytuacją. Masz jakieś pieniądze?
– Drobne. Mniej niż tysiąc peso.
– To będziemy polować, jak za dawnych dobrych czasów.
– Jak za dobrych czasów – wtulam z czułością twarz w jej włosy, dłonią przejeżdżam po łonie, próbuję zagłębić palce w wilgotnej szczelince, ale odpycha moją rękę.
– Przestań Ricardo, nie wykorzystuj okazji.
– Ricardo lubi wykorzystywać okazje – mówię pieszczotliwie.
– Niegrzeczny chłopiec.
– Bardzo niegrzeczny – przyznaję i sięgam dłonią bardziej zdecydowanie. Jest ciepła i śliska, naciskam sterczący guziczek, krążę wokół niego palcami, Rosita lekko rozchyla uda, tylko o kilka milimetrów, ale to wystarcza.
– Schyl głowę – krzyczy, nie rozumiem, auuu, kurwa!
 Leżę na plecach z głową w lodowatym strumieniu. Nie schyliłem głowy. Zwisająca liana zrzuciła mnie, rozcieram bolącą czerwoną pręgę na szyi, złamałbym kark gdybyśmy jechali choćby trochę szybciej. Woda robi się szkarłatna, dotykam głowy, włosy lepią się od krwi, głęboko rozciąłem skórę, przebieram dłońmi w piaszczystym dnie potoku, pełno tu ostrych, skamieniałych muszli, każda ma pewnie milion lat, cholera wie, leżała tu eony żebym rozwalił o nią łeb.
– Auuu, kurwa! – o to co znowu? Wyciągam z wody dłoń jak oparzony, uszczypał mnie rzeczny krab. Szare, parszywe, niewidoczne pod kamieniami, ale za to z ostrymi szczypcami. Jak ja nie cierpię tych wszystkich małych, złośliwych stworzeń.
– Przestałeś się nad sobą rozczulać? Wskakuj i jedziemy, zaraz zrobi się całkiem widno – ech, to jej współczucie.

* * *

Nareszcie znów w lesie, jestem córką puszczy, czuję się tu jak u siebie, jak driada strażniczka drzew, jak puma na swoim terenie łownym. Ziemia paruje, jeszcze nie wstało słońce, a już robi się duszno. W jedną kakofonię puszczy krzyżują się setki dźwięków, niektóre dochodzą z daleka, jak poszczekiwania dzikich psów, inne są bardzo blisko, jak rechoczące cicho gekony. Mgła szybko opada, z każdym kwadransem robi się coraz jaśniej, a przez to mniej bezpiecznie. Z gęstwiny drzew słyszę gwizd świstaka, gdzieś z gór dobiega wycie kojota, niezgrabnie, z hałasem, łamiąc gałęzie ucieka opos, mieszają się ptasie śpiewy, trele papóg, pohukiwania sów, skrzekliwe nawoływanie jastrzębi. Słyszę puszczę pomimo ryku siedemdziesięciu koni mechanicznych, słyszałabym ją podczas ostrzału artyleryjskiego, wybuchu bomby jądrowej, trzęsienia ziemi, podczas końca świata. Puszcza to żywioł, puszcza to życie. Mgła jest już nisko, rozpoznaję wreszcie drogę, po omacku jechaliśmy we właściwym kierunku, skały są tu twarde, ale niezbyt strome, oddaliliśmy się osiem, może dziewięć kilometrów od asfaltowej drogi, niewiele, ale nie możemy wjechać głębiej, tam zbocza są zbyt kamieniste, za jakiś kilometr czy dwa powinna być porośnięta trawą szeroka ścieżka, przejezdna dla samochodów służb leśnych, która wiedzie na obrzeża parku narodowego, dalej jest stare porzucone obozowisko, gdzie kiedyś składowano drewno z wycinki, nocowałam tam raz, nie jest to przyjemne miejsce, cuchnące wilgocią, porośnięte pleśnią i pajęczynami, ale bezpieczne, blisko strumienia i schowane w gęstwienie drzew, będzie można tam zapalić niewielkie ognisko, które powinno odstraszyć węże, zagotować wodę, może upiec coś do jedzenia.
– Pokazali cię w telewizji – Ricardo wciąż się z tyłu kręci i łapie mnie za cycki, jest nieznośny.
– W programie z gwiazdami?
– W kronice kryminalnej.
– Wow! To chyba o to nam chodziło. Czyli jesteśmy sławni?
– Sławni bezimienni. Zarejestrowała cię kamera w banku. Nawet ładnie wyszłaś.
– Na to liczyłam.
– Żartujesz?
– A co myślisz? Nie wiedziałeś, że chcę zostać gwiazdą telewizyjną?
– Przestań – zaciska swoje wielkie ręce na moim biuście.
– Sam przestań. Przestań wreszcie mnie obmacywać.
– Śledztwo prowadzi komisarz Augusto Caliente.
– Ta tłusta świnia?
– Ten spasiony knur, właśnie on.
– Z chęcią odstrzelę mu jaja – cały czas czuję wzwód Ricarda, który przyciska się kroczem do moich nagich pośladków. Nie dziwię się, że jest podniecony, ta cholerna koszulka więcej odsłania niż zakrywa.
– To ty strzelaj w jaja, a ja w brzuch. A potem popatrzymy jak się wykrwawia.
– Kojący to będzie widok.
Ricardo wciska mi teraz dłoń pomiędzy uda, jest delikatny i taki złakniony bliskości. Wiem, że nie powinniśmy tego robić, to mój brat bliźniak, ale wielu rzeczy nie powinniśmy robić i mamy to gdzieś. Wiem, że to nieprzyzwoite, ale co mi do przyzwoitości, pozostawmy ją panienkom i ministrantom. Pozwalam mu przez chwilę, sprawia mi przyjemność ten dotyk, to ciepło, ta bliskość, ta świadomość jego podniecenia, świadomość panowania nad sytuacją. Kontrolowana rozkosz.
– Przestań, później – mówię ciszej i mniej stanowczo niż bym chciała, a on zatapia usta w mojej szyi i łaskocze wąsami.
– Spotkałem José Moralesa, na dole, w kantynie Toniego Bravo.
– Znów tam byłeś?
– Nie pytasz o Moralesa?
– Zaraz spytam. Znów jechałeś w nocy do baru? Nie możesz napić się tequili w domu?
– Oj Rositko, mówisz jakbyś mnie nie znała, wiesz, że w domu to nie to samo.
– Zabierz ode mnie ręce!
– Przecież muszę się ciebie trzymać, inaczej spadnę.
– Masz uchwyt.
– Uchwyt jest zimny, a ty taka ciepła – znów mnie całuje w szyję, nie zniosę tego dłużej.
– Jak nie przestaniesz, to będziesz sam prowadził motor.
– Serio? Dasz mi prowadzić swoją ulubioną zabawkę?
– Nie. To co z tym Moralesem? Skąd się wziął?
– Wyszedł z pierdla. Wiedziałaś, że siedział?
– Wiedziałam.
– I nic nie mówiłaś?
– Nigdy nie pytałeś.
– Fakt.
– Wcale nie chciałeś wiedzieć, prawda?
– Nie chciałem.
– I wcale nie chciałeś go spotkać.
– Nie chciałem. Ale dobrze się stało, pomógł mi dostać się do domu.
– Pomógł? Był bardziej trzeźwy od ciebie?
– Nie sądzę. Ale jechał ze mną do El Punto.
– We dwóch na tym małym motorku?
Wyjeżdżam z gęstwiny i jestem na starej leśnej drodze, teraz będzie można trochę dodać gazu. Słońce już wzeszło, jest oślepiająco białe. Z pewnością rozpoczęli obławę, wcześniej czy później tu trafią, wcześniej czy później znajdą nasz ślad. Nie boję się, umiem się bronić, znam teren, odpowiada mi rola ściganej zwierzyny.
– Konkretnie to w troje, z Muxo.
– No jasne, przecież nie poszedłbyś do kantyny bez kotki.
– Nie poszedłbym bez niej nigdzie.
– A czego Morales szukał w El Punto?
– Zaprosiłem go do nas.
– W gości? W środku nocy?
– Wyglądał na zagubionego. Był bez kasy, bez roboty i chyba bez dachu nad głową.
– Biedactwo.
– Zupełnie tak jak my teraz.
– Ale my mamy siebie – zabrzmiało zbyt pieszczotliwie.
– A ja mam na dokładkę Muxo – znów wodzi palcami wokół moich sutków.
– I co dalej z Moralesem?
– Gliny obstawiły drogę. Zostawiłem go, narobił zamieszania, ściągnął ich uwagę, a ja przeskoczyłem przez rabatki i kwiatki, po ciebie śpiąca księżniczko.
– Dużo było glin?
– Nie wiem, co najmniej trzy radiowozy. Augusto Caliente tam był.
– I nie strzeliłeś mu w brzuch?
– Jakoś nie miałem czasu.
– To co z ciebie za rewolwerowiec?
– Jak widać marny – czuję ciepło ust, całuje mnie w ucho, to bardzo wilgotny pocałunek.
– Jak on wygląda?
– Jak brudny tucznik.
– Pytam o José Moralesa.
Ricardo chwilę milczy, z trudem utrzymuję na tej drodze równowagę, slalomem omijam kamienie, wyrwy, koleiny pełne błotnistej wody. Dobrze, że założyłam solidne osłony łańcucha, inaczej dawno powkręcałyby się powoje i korzenie. Pomimo swojej masy, tych dwustu kilogramów, BMW F650 dobrze się sprawdza na błotnistych, offroadowych drogach, wysoki skok zawieszenia, no i lekko się prowadzi, stabilny, mocny, lubię ten motocykl jak żaden przedtem, no może poza Harley-Davidsonem FXR, na którym G.I. Joe uczył mnie jeździć, i na którego skórzanym siedzeniu straciłam dziewictwo.
– Schudł jeszcze bardziej – Ricardo wreszcie się odezwał. – Postarzał się. Mniej mówi, mniej zadaje pytań. Siedział w Jalisco i chyba nie był to najszczęśliwszy okres w jego życiu.
Powietrze rozrywa obcy w tej kakofonii puszczy odgłos serii z automatu, jedna z kul rozbija przedni błotnik, druga przebija osłonę silnika, ostro hamuję i skręcam, z impetem wpadamy w paprocie, kaleczę brzuch i uda, cholerna koszula nocna nic nie chroni i nic nie zakrywa, paprocie są gęste ale na szczęście miękkie, pachnie tu niebieskimi kwiatami pobliskiego drzewa jacarandy, strącam Ricarda, sama wyskakuję, maszyna toczy się jeszcze kilkanaście metrów i zatrzymuje na rozłożystych gałęziach, przywieram do ziemi, brat mój czołga się w stronę motoru, żałośnie rozgląda się za kotką, odstrzelą mu zaraz głowę razem z kapeluszem. Też się czołgam do przewróconego motoru, wyciągnąć ze schowka Colta Pythona.

* * *

Kolejna seria z automatu, padam twarzą w trawę, kapelusz mam podziurawiony jak sito.
– Muxo, kochana, nie bój się, tatuś cię stąd wydostanie, wszystko będzie dobrze – jestem już przy niej, uspokajająco głaszczę czarny łebek. Warczy, uszy ma podniesione, węszy niespokojnie, wytrzeszcza w strachu zielone oczy.
Wychylam głowę, tratatata, terkocze pistolet, zapewne Mendoza, znów kula przebiła materiał i utkwiła metr ode mnie, w drzewie. Strzelają jak do kuropatw w trawie. Nie sięgniemy ich z rewolwerów, są za daleko, nawet nie ma jak celować z gębą przyciśniętą do ziemi.
– Leż płasko – słyszę za sobą syk Rosity. – I zdejmij ten cholerny kapelusz.
Ma rację. Kapelusz zakładam na kawałek wystającego korzenia, niech strzelają, żal go bo to elegancki skórzany kapelusz, w dodatku rodzinna pamiątka po Rico, naszym kuzynie, który zamarzł na kość zamknięty w zaplombowanej stalowej chłodni, próbując nielegalnie przekroczyć granicę z północną Ameryką. Drogi Rico, najbardziej niewinny i najbardziej pechowy w rodzinie Rodriguez, ciężarówka-chłodnia stała na granicy dłużej niż planowano, celnicy drobiazgowo sprawdzali dokumenty, przyglądali się plombom, drukom, pieczątkom, podpisom, a gdy wreszcie samochód przekroczył granicę w Juárez i wjechał na ziemię obiecaną do El Paso, kierowca znalazł czterech sztywnych, oszronionych mężczyzn, bo Rico udawał się do Teksasu wraz z kolegami. Ciężarówka pojechała dalej, zamarznięte trupy szybko odtajały porzucone na wysypisku śmieci, kuzyn miał w kieszeni dokumenty, więc zapakowano go w czarny worek i odesłano z powrotem do Meksyku. Razem z tym kapeluszem. Wziąłem, bo był ładny, a nikt inny go nie chciał, nie lubię gdy ładne rzeczy się marnują. Przykro mi teraz, że muszę pożegnać się z rodzinną pamiątką, z dwojga złego lepiej jednak stracić kapelusz niż głowę. Rosita czołga się, jedwabna koszulka teraz utytłana błotem i zielona od wilgotnej trawy podciągnęła jej się powyżej pępka, podniecająco wygląda, półnaga, z zaciętą miną, z wielkim rewolwerem w dłoni, z uniesioną pupą, wgapiam się pomiędzy jej białe pośladki i mam plan jak nas z tego piekła wydostać. Zostawiam nieszczęśliwą Muxo, turlam się kilka metrów do przodu, w wysoką gęstwinę mokrych paproci, przypadam do Rosity.
– Słuchaj – szepcę. – Nie mamy szans stąd ich sięgnąć, nie wycelujesz z rewolweru, a oni mają pistolety maszynowe. Ilu ich widziałaś?
– Chyba dwóch.
– Też tak mi się wydaje. Musimy zaryzykować. Krzykniesz, że się poddajesz, wstaniesz, rzucisz do przodu kolta i wyjdziesz z wysoko podniesionymi rękoma. W tym stroju wyglądasz jak leśna bogini seksu, więc pewnie cię nie zastrzelą, przynajmniej nie od razu. Najpierw zechcą nacieszyć oczy, tak by przynajmniej zrobił normalny mężczyzna na twój widok siostrzyczko – widzę, że Rosita już łapie, o co mi chodzi, uśmiecha się złośliwie. – Powiesz im, że mnie zastrzelili, wskażesz na podziurawiony kapelusz, który został z tyłu. Jak tu podejdą, wypalę im między oczy.
– Nie wiedziałam, że są leśne boginie seksu – uśmiecha się.
– Bo ty jesteś ostatnią z wymarłego gatunku.
– A co jak nie podejdą?
– To będziemy się martwić. I tak w starciu nie mamy szans.
– Idę.
– Poczekaj, doczołgam się do tamtej paproci, tam jest mały prześwit, będę widział jak się zbliżają.
– Nie strzelajcie! Poddaję się! – krzyczy z prośbą w głosie, odrzuca daleko przed siebie rewolwer, nic się nie dzieje, unosi wysoko ręce, odchyla w tył głowę tak że długie włosy opadają do tyłu i podnosi się powoli, wygląda jak dar lasu, jeśli nie dar niebios, piękna, elektryzująca, bijąca aurą seksu. Mam nadzieję, że te cymbały w mundurach stoją teraz z otwartymi gębami, nie widzę ich stąd, ale jeśli to nie pedały, to musieli wybałuszyć gały.
– Podejdź tu – jeden krzyczy. Rosita robi kilka niezdecydowanych kroków naprzód. Wychodzi na drogę, staje przed nimi w promieniach słońca, przez brudną koszulkę prześwituje doskonała nagość.
– Podejdź panno, nie bój się, nie gryziemy – rechoce ten drugi.
– Nie jestem pewna – Rosita doskonale gra zalęknioną dziewczynkę. – Boję się – mówi i wybucha płaczem. – Zastrzeliliście mojego brata – zanosi się szlochem, jej piersi unoszą się z każdym ciężkim oddechem.
Teraz widzę gliniarzy, jest ich dwóch, rozglądają się na boki i wolno podchodzą, nagle jeden puszcza serię w stronę mojego kapelusza, mimowolnie odwracam się, została tylko postrzępiona szmata, przepraszam Rico, dbałem o niego, ale świat pełen jest barbarzyńców, którzy nie potrafią docenić eleganckiej konfekcji.
– No, nie płacz laleczko – mówi krępy gliniarz z gęstymi wąsami i bokobrodami, opuszcza pistolet i uchyla kapelusza. – Będziemy musieli skuć ci rączki i zabrać na wycieczkę. Piękny strój – dodaje i oblizuje lubieżnie grube, popękane od słońca usta. – Podnieś wyżej ręce, ramiona w górę, o tak, bardzo ładnie – Rosita posłusznie wykonuje polecenia, wygląda jak złowroga bogini z nagimi ramionami wyciągniętymi ku słońcu i opadającymi na zapłakaną twarz czarnymi włosami. Ten lubieżnik podnosi z ziemi cienką gałąź i podchodzi na odległość metra. Unosi tym patykiem w górę nocną koszulę, która i tak niczego nie ukrywała, unosi powyżej pępka, dotyka brudnym drewnianym końcem jej jedwabistej skóry, wodzi nim po podbrzuszu, po kępce łonowych włosów, dźga pomiędzy uda i rechoce paskudnie. Rosita stoi jak posąg, opanowana, udaje przerażenie, ale naprawdę jest zachwycająco obojętna.
Drugi gliniarz idzie wprost na mnie, jeszcze metr, dwa i mnie zauważy.
Wstaję i strzelam mu między oczy, odwracam się i strzelam drugiemu w otwartą gębę, ciężki pocisk kalibru 44 odrywa język, potem rozsadza mózg i kości czaszki. Krępy oblech stoi jeszcze sekundę z zakrwawionym czerepem, po czym przewraca się jak ścięte drzewo cały czas trzymając w zaciśniętej dłoni gałąź, którą dotykał Rosity.
Seria z automatu. Padam przeszyty bólem, ze zdumieniem patrzę na lewą dłoń. Kurwa! Odstrzelili mi mały palec. Lecą kolejne serie, kątem oka widzę, że Rosa turla się po trawie za tego trupa, który leży bliżej mnie i dalej od samochodu. Teraz trajkoczą już dwa pistolety, ręka obficie mi krwawi, staram się odczołgać jak najdalej w gęstwinę, kurwa nie, muszę wrócić, ratować Rositę, jeśli ginąć to razem.

* * *

Kolejna seria pocisków wzbiła kurz, przeleciały kilka metrów z boku, strzelają na oślep zza samochodu, gdyby wyszli, już by nas mieli, ale boją się, nie wiedzą, że mamy tylko rewolwer, nie wiedzą, że też ich nie widzimy. Dopadam wreszcie leżącego w trawie trupa, mam jego pistolet, przy pasku jeszcze dwa zapasowe magazynki. Strzelam w stronę blokującego drogę radiowozu, wielki biały chevrolet z gwiazdą na drzwiach, nie mam szansy ich trafić i zdradzam swoją pozycję, ale chcę ich wystraszyć, niech wiedzą, że też mamy automaty, że są w naszym zasięgu. To nie są doświadczeni gwardziści, pewnie żaden z nich nigdy nie strzelał do człowieka, w panice wcześniej czy później popełnią błąd. Krótka seria, kule rozrywają martwe ciało policjanta, ale mnie już tam nie ma, przeczołgałam się szybko do przodu, chyba widzę jednego z nich, mierzy zza tylnego koła samochodu. Wtem z gęstwiny za mną wypada Ricardo, krzyczy jak wariat, jak aztecki wojownik, biegnie i strzela w stronę samochodu.
– Padnij, durniu! – krzyczę, policjant wystawia głowę, równocześnie naciskamy spust, gliniarz osuwa się zakrwawiony, patrzę w tył, Ricardo też pada. Nachylam się i biegnę w kierunku auta, cisza, teraz go widzę, siedzi nachylony w pasażerce, gada coś do radiotelefonu, przez sekundę, przez ułamek sekundy, nasz spojrzenia krzyżują się, widzę strach w obcych ale ładnych brązowych oczach, zmieniam magazynek i podrywam się, strzelam prosto w boczną szybę, odpryski szkła spadają na mężczyznę, on odruchowo zasłania głowę, dopadam radiowozu, otwieram drzwi i ładuję wszystkie pociski w skulonego policjanta. Nie ma zmiłuj, postrzępiony mundur czerwony jest od krwi. Odwracam się, Ricardo podbiega, ma zakrwawioną rękę, a więc upadł odruchowo, tamte kule przeleciały gdzieś obok, ulga. Widzę jego wściekłą minę, z całej siły kopie w twarz leżącego za samochodem, ten jeszcze żył postrzelony w pierś, żył ale ciężki but właśnie złamał mu potylicę.
Obydwoje dyszymy ze zmęczenia. Z nieszczęśliwą miną pokazuje mi lewą dłoń, odstrzelili mu mały palec.
– Ciesz się, że nie ptaszka.
– Jak zwykle pełna empatii – krzywi się zły.
– Nie jesteś mańkutem, nadal możesz strzelać i walić konia, więc chyba poradzisz sobie bez małego paluszka – chyba przesadzam ze złośliwością, rozrywam bluzę martwego policjanta i szybko zawiązuje prowizoryczny opatrunek. – Na razie musi wystarczyć, spieprzamy stąd.

5 komentarzy dla “Bandyci Rodriguez – rozdział 13

  1. Bandyci Rodriguez

    jest super, ale mam wątpliwość. Jeśli strzelał z Colta Pythona, to chyba nie pociskiem kalibru 44, taki kaliber miała Anaconda.

    • Bandyci Rodriguez

      a bo widzisz, z bliźniakami to jest tak, że jedno ma Pythona, drugie ma Smith & Wesson’s M29 .44 Magnum i narracja się przeplata, ale oczywiście z krótkiego fragmentu to nie wynika. W każdym bądź razie są dwie fajne giwery i para fajnych straceńców.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

19 lutego 2019 o godz. 12:16

Nowy numer „Aqua Vitae”

AV_cover 25-001

Ukazał się nowy numer (1/2019) magazynu o mocnych alkoholach „Aqua Vitae”. Zapraszamy do lektury.

17 lutego 2019 o godz. 17:58

Kartka ze Lwowa (12) Restauracja Baczewskich

Restauracja Baczewski we Lwowie (8)

W centrum Lwowa, przy ulicy Szewskiej 8, powstała w 2015 roku restauracja Baczewskich – Ресторація Бачевських. Wchodzi się przez sklepik z oryginalnymi wódkami J.A. Baczewski z Austrii, a także z własnymi nalewkami w butelkach noszących logo restauracji, są tu też: książki, widokówki, kieliszki, gadżety. Zaprezentowano też stare materiały reklamowe oraz oryginalne stare butelki po wódkach Baczewskiego. Przy wejściu do restauracji jest recepcja, a sama sala restauracyjna prezentuje się niezwykle elegancko. Na dole zaś jest koktajl-bar oraz wybór kilkudziesięciu smaków nalewek, które dojrzewają w szklanych zbiornikach od kilku miesięcy do nawet trzech lat. Część smaków dostępnych jest wyłącznie w barze, ale ponad 30 można kupić w firmowych butelkach i w miniaturkach.

16 lutego 2019 o godz. 23:36

Kartka ze Lwowa (11) Muzeum Piwa

Browar we Lwowie (2)

Львиварня, czyli Muzeum Piwa we Lwowie, które miastu zafundował Carlsberg, właściciel miejskiego browaru. Pierwsza ekspozycja powstała w 2005 roku (290 lecie powstania browaru) i była dziełem pracowników. Obecnie kompleks jest po gruntownej rekonstrukcji i można go zaliczyć do najnowocześniejszych muzeów na Ukrainie. Zebrano tu eksponaty związane z lwowskim piwowarstwem, ale również z samym miastem i jego biesiadną historią. Szeroko została przedstawiona technologia produkcji. Zwiedzanie jest interaktywne, można niemalże stworzyć własne piwo, wsłuchać się w gwar lwowskiej ulicy, baciarskich melodii. Budynek jest trzykondygnacyjny. Na drugim piętrze stworzono przestrzeń kulturalną z salami wystawienniczymi i konferencyjnymi. Jest tu również obszerna sala degustacyjna. Za niewielką dopłatą do biletu można skosztować czterech piw: Lager (Lvivskie 1715), Unfiltered Lager (Biały Lew), Ale i Dark Lager (Ciemne Lwowskie).

15 lutego 2019 o godz. 20:11

Kartka ze Lwowa (10) Dawna fabryka wódek Jana Muszyńskiego

Muszynski Old Distillery (1)

Na ulicy Drukarskiej, która dochodzi do lwowskiego Rynku, pod numerem 3 znajduje się kamienica „Pod Matką Boską”, która kiedyś należała do lwowskiego kupca Stancla Szolca. W podwórzu budynku mieściły się liczne magazyny towarów. W lokalu parterowym na początku XIX w. mieściła się fabryka likierów i wódek Jana Muszyńskiego.

14 lutego 2019 o godz. 09:10

Kartka ze Lwowa (9) Muzeum Farmacji

Muzeum Farmacji we Lwowie (11)

Przy samym Rynku na ulicy Drukarskiej pod numerem 2 mieści się niezwykłe muzeum. Wejście do sal muzealnych biegnie przez działającą tu od 1775 roku do dziś aptekę. Poszczególne pomieszczenia to interesujące wnętrza apteczne z bogatym wyposażeniem. Trasę kończy się w świetnie zachowanych piwnicach wraz z pracownią alchemiczną. Czynne w godzinach 9.-19.00. Bilet kosztuje 30 hrywien.

13 lutego 2019 o godz. 15:34

Kartka ze Lwowa (8) Muzeum Etnografii i Rzemiosła Artystycznego

Muzeum Etnograficzne (2)

Pod numerem 15 Prospektu Swobody w dawnym budynku Galicyjskiej Kasy Oszczędności, wybudowanej w latach 1874-1891 wg projektu Juliana Zachariewicza, mieści się obecnie Muzeum Etnografii i Rzemiosła Artystycznego. Utworzone w 1951 roku na bazie Muzeum Przemysłu Artystycznego oraz Muzeum Towarzystwa Naukowego im. Szewczenki. Na attyce budynku zauważyć można grupę rzeźb pt. Oszczędność, której autorem był Leonardo Marconi. Wnętrze jest imponujące – monumentalne marmurowe schody, bogato zdobione ściany i sufity. Znajdują się tu zbiory folklorystyczne akcentujące przeszłość Ukrainy. Ciekawa ekspozycja znajduje się na pierwszym piętrze – polski plakat Art Déco, plakaty Alfonsa Muchy, plakaty antyalkoholowe z lat 20. XX wieku, kolekcja starych butelek, w tym z zakładów Baczewski czy Kosecki. Jest też bardzo ładna kolekcja kielichów, kieliszków i karafek z różnych okresów dziejów miasta.

12 lutego 2019 o godz. 08:22

Kartka ze Lwowa (7) Wizyta w fabryce wódek Hetman

Hetman (19)

Горілчаний завод Гетьман ulokowany jest we Lwowie naprzeciwko dawnego zakładu Baczewskiego. Firma odwołuje się zresztą bezpośrednio do tradycji wódek Baczewskiego, w materiałach informacyjnych umieszczona jest data 1782, kiedy powstał zakład Baczewskiego (jeszcze nie ten po drugiej stronie ulicy, ale 44 km od Lwowa), a na butelkach wódek Monopoly jest charakterystyczna rycina przedstawiająca starą fabrykę Baczewskiego w XIX wieku. W rzeczywistości jednak historia marki wódki Hetman sięga 1996 roku, zaś obecny lwowski zakład powstał w 2002 roku w miejscu dawnej rozlewni win owocowych.

11 lutego 2019 o godz. 08:46

Kartka ze Lwowa (6) Lwowski Zakład Likierów i Wódek

Lvivski Gorichanyi Zavod (2)

Львівський лікеро-горілчаний завод mieści się w starym kompleksie fabrycznym, firma powstała w 1931 roku, jako gorzelnia i rektyfikacja. Kontynuowała działalność wcześniejszych Zakładów Produkcji Wódek nr 10 we Lwowie, działających w innej lokalizacji od 1842 roku. Znacjonalizowana w 1939 roku, w latach ZSRR była jednym z trzech największych zakładów produkujących alkohol na Ukrainie (mimo zlikwidowania własnej rektyfikacji), oferując wódki i likiery oraz ocet, działając wówczas jako Lwowski Zakład Likierów i Wódek nr 2. Obecnie firma jest własnością grupy Ukrspirt. W latach 1995-1996 zakład został zmodernizowany i rozbudowany. Mają osiem własnych sklepów firmowych, zatrudniają 360 osób. Ich oferta obejmuje ok. 70 produktów alkoholowych, w tym wiele rodzajów wódek i likierów. Wódki poddawane są filtracji węglem drzewnym i piaskiem kwarcowym. Firma nadal jest jednym z głównych na Ukrainie producentów octu.

10 lutego 2019 o godz. 09:54

Kartka ze Lwowa (5) Z dawnej fabryki Baczewskiego pozostały ruiny

Baczewski old distillery (2)

Brama pomalowana na mało gustowny łososiowy róż a nad nią napis Almazinstrument, za nią budynek dawnego dworu, na szczycie poddasza ozdobiony datą 1782, przy bramie tablica pamiątkowa – tutaj swoją fabrykę miał Layb Baczeles, który do historii przeszedł jako Józef Adam Baczewski. Na tablicy pamiątkowej, założonej całkiem niedawno, lakoniczna informacja, że w 1782 roku powstała fabryka alkoholi we wsi Wybranówka (to ok. 44 km od Lwowa), że obecne budynki fabryczne w większości powstały w 1908 roku według projektu architekta Władysława Sadłowskiego, a wcześniej Baczewski zakupił we Lwowie dwór hrabiów Cieleckich. Po II wojnie światowej mieścił się tutaj zakład Almazinstrument, produkujący narzędzia ścierne z diamentową warstwą roboczą. Wtedy też kolejny raz kompleks był przebudowany.

9 lutego 2019 o godz. 09:56

Kartka ze Lwowa (4) Nalewki ze Lwowa

Nalewki zi Lwowa (6)

Наливки зі Львова to sieć sklepów i barów oraz marka nalewek. Mają swoje punkty we Lwowie, Kijowie, Odessie, Charkowie, Dnieprze i w Warszawie w Blue City. Oryginalny wystrój, pastelowe kolory, grafiki w stylu galicyjskich karykatur, bańki z nalewkami, butelki różnych objętości, od setki zaczynając, możliwość degustacji także w formie „desek degustacyjnych” (4×30 ml dowolnych smaków) – to tworzy klimat. Za koncept odpowiada Holding Akurat – sieć sklepów, restauracji, kawiarni, barów, parków rozrywki, usługi hotelarskie, łowieckie i nalewkarnie. Poza nalewkami robią wina owocowe. Nalewki zestawiane są z naturalnych komponentów na: trawach, ziołach, korzeniach, jagodach, owocach i warzywach, a także kawowe i czekoladowe nalewki. To ponad 30 smaków, moc od kilkunastu procent do ponad pięćdziesięciu, w tym np.: na czerwonych burakach, dyni, korzeniu żeń-szenia, płatkach róż, liściach melisy. Jest kilka oryginalnych kompozycji ziołowych: Karpatski, 12 Ziół, Stary Lwów.