20 marca 2012 o godz. 11:43

Bandyci Rodriguez – rozdział 13

Oto jeden z rozdziałów (jeszcze przed ostateczną redakcją) nowej powieści Łukasza Gołębiewskiego pt. "Bandyci Rodriguez", w której bohaterowie - para bliźniaków Riocardo i Rosita - uciekając przed policyjną obławą wpadają w zasadzkę.
Premiera powieści - styczeń 2013.

13. Niedziela, 13 października 1996, po piątej, Sierra Ixtepeji

Delikatna osłona jedwabiu, miękka, śliska, atłasowa, tak cienka, że czuć pod nią fakturę skóry. Oddycham zapachem jej włosów, wtulam głowę w szyję, dłonią błądzę po piersi, twardej i sterczącej, zakrytej, a przecież pod tym fularem tym bardziej nagiej, tym bardziej podniecającej. Drugą dłonią błądzę po nagim brzuchu, wyczuwam znajomy pieprzyk i małą bliznę poniżej pępka, krótka koszulka nocna nie zakrywa ud, ani łona, ani białych pośladków, na które napieram, ponad którymi wznosi się odwrócona, najeżona kolcami wytatuowana róża.
– Siedź spokojnie – fuknęła. – W tej mgle nic nie widzę.
– Ja też nic nie widzę, ale wszystko czuję – całuję ją w szyję, potem w ucho.
– Uspokój się!
Nie umiem być spokojny. Jedziemy bardzo wolno. Mgła jest tak gęsta, że nie widać nie tylko drzew wokół, ale też drogi. Toczymy się, szybciej byśmy się czołgali, ciężkie koła BMW zapadają się w miękkim poszyciu. Pachną jej włosy, pachnie jej skóra, pachną igliwie i paprocie, pachną szyszki i kora, pachną rosa i mech. Uciekinierzy, wyjęci spod prawa, bandyci Rodriguez, wolni, zakochani i szczęśliwi. Dla takich chwil warto żyć, w takich chwilach można umrzeć bez żalu, z poczuciem spełnienia, z radością w sercu. W takich chwilach nie można zachować spokoju.
– Kocham cię – szepcę jej do ucha – nie odpowiada, ale nieznacznym gestem mocniej przytula szyję do mojej twarzy. – Ciebie też, Muxo – głaszczę zazdrosną kotkę, która zaczyna wiercić się niespokojnie. – Zróbmy sobie postój, przeczekajmy mgłę.
– Nie Ricardo, żadnych postojów. Tu są góry, jest tylko kilka szlaków, łatwo nas wytropić. Ta droga wije się po głazach i strumieniach, to śmiertelnie trudny i męczący odcinek, dla kozic, nie dla pary motocyklistów z kotką. Musimy posuwać się do przodu, tu drzewa są zbyt rzadkie, zbyt dużo odkrytych przestrzeni, polan, samotnych skał, gdy opadnie mgła, wypatrzą nas z helikoptera. Korzystajmy, że nic nie widać, że na razie nie mogą ani latać, ani rozpocząć obławy. Musimy przedostać się do parku narodowego Benito Juareza, znam doskonale tamten teren, jest gęsto porośnięty, wydeptane przez zwierzęta ścieżki są trudno dostępne, jest tam też kilka miejsc, gdzie możemy założyć obóz i zastanowić się spokojnie nad naszą sytuacją. Masz jakieś pieniądze?
– Drobne. Mniej niż tysiąc peso.
– To będziemy polować, jak za dawnych dobrych czasów.
– Jak za dobrych czasów – wtulam z czułością twarz w jej włosy, dłonią przejeżdżam po łonie, próbuję zagłębić palce w wilgotnej szczelince, ale odpycha moją rękę.
– Przestań Ricardo, nie wykorzystuj okazji.
– Ricardo lubi wykorzystywać okazje – mówię pieszczotliwie.
– Niegrzeczny chłopiec.
– Bardzo niegrzeczny – przyznaję i sięgam dłonią bardziej zdecydowanie. Jest ciepła i śliska, naciskam sterczący guziczek, krążę wokół niego palcami, Rosita lekko rozchyla uda, tylko o kilka milimetrów, ale to wystarcza.
– Schyl głowę – krzyczy, nie rozumiem, auuu, kurwa!
 Leżę na plecach z głową w lodowatym strumieniu. Nie schyliłem głowy. Zwisająca liana zrzuciła mnie, rozcieram bolącą czerwoną pręgę na szyi, złamałbym kark gdybyśmy jechali choćby trochę szybciej. Woda robi się szkarłatna, dotykam głowy, włosy lepią się od krwi, głęboko rozciąłem skórę, przebieram dłońmi w piaszczystym dnie potoku, pełno tu ostrych, skamieniałych muszli, każda ma pewnie milion lat, cholera wie, leżała tu eony żebym rozwalił o nią łeb.
– Auuu, kurwa! – o to co znowu? Wyciągam z wody dłoń jak oparzony, uszczypał mnie rzeczny krab. Szare, parszywe, niewidoczne pod kamieniami, ale za to z ostrymi szczypcami. Jak ja nie cierpię tych wszystkich małych, złośliwych stworzeń.
– Przestałeś się nad sobą rozczulać? Wskakuj i jedziemy, zaraz zrobi się całkiem widno – ech, to jej współczucie.

* * *

Nareszcie znów w lesie, jestem córką puszczy, czuję się tu jak u siebie, jak driada strażniczka drzew, jak puma na swoim terenie łownym. Ziemia paruje, jeszcze nie wstało słońce, a już robi się duszno. W jedną kakofonię puszczy krzyżują się setki dźwięków, niektóre dochodzą z daleka, jak poszczekiwania dzikich psów, inne są bardzo blisko, jak rechoczące cicho gekony. Mgła szybko opada, z każdym kwadransem robi się coraz jaśniej, a przez to mniej bezpiecznie. Z gęstwiny drzew słyszę gwizd świstaka, gdzieś z gór dobiega wycie kojota, niezgrabnie, z hałasem, łamiąc gałęzie ucieka opos, mieszają się ptasie śpiewy, trele papóg, pohukiwania sów, skrzekliwe nawoływanie jastrzębi. Słyszę puszczę pomimo ryku siedemdziesięciu koni mechanicznych, słyszałabym ją podczas ostrzału artyleryjskiego, wybuchu bomby jądrowej, trzęsienia ziemi, podczas końca świata. Puszcza to żywioł, puszcza to życie. Mgła jest już nisko, rozpoznaję wreszcie drogę, po omacku jechaliśmy we właściwym kierunku, skały są tu twarde, ale niezbyt strome, oddaliliśmy się osiem, może dziewięć kilometrów od asfaltowej drogi, niewiele, ale nie możemy wjechać głębiej, tam zbocza są zbyt kamieniste, za jakiś kilometr czy dwa powinna być porośnięta trawą szeroka ścieżka, przejezdna dla samochodów służb leśnych, która wiedzie na obrzeża parku narodowego, dalej jest stare porzucone obozowisko, gdzie kiedyś składowano drewno z wycinki, nocowałam tam raz, nie jest to przyjemne miejsce, cuchnące wilgocią, porośnięte pleśnią i pajęczynami, ale bezpieczne, blisko strumienia i schowane w gęstwienie drzew, będzie można tam zapalić niewielkie ognisko, które powinno odstraszyć węże, zagotować wodę, może upiec coś do jedzenia.
– Pokazali cię w telewizji – Ricardo wciąż się z tyłu kręci i łapie mnie za cycki, jest nieznośny.
– W programie z gwiazdami?
– W kronice kryminalnej.
– Wow! To chyba o to nam chodziło. Czyli jesteśmy sławni?
– Sławni bezimienni. Zarejestrowała cię kamera w banku. Nawet ładnie wyszłaś.
– Na to liczyłam.
– Żartujesz?
– A co myślisz? Nie wiedziałeś, że chcę zostać gwiazdą telewizyjną?
– Przestań – zaciska swoje wielkie ręce na moim biuście.
– Sam przestań. Przestań wreszcie mnie obmacywać.
– Śledztwo prowadzi komisarz Augusto Caliente.
– Ta tłusta świnia?
– Ten spasiony knur, właśnie on.
– Z chęcią odstrzelę mu jaja – cały czas czuję wzwód Ricarda, który przyciska się kroczem do moich nagich pośladków. Nie dziwię się, że jest podniecony, ta cholerna koszulka więcej odsłania niż zakrywa.
– To ty strzelaj w jaja, a ja w brzuch. A potem popatrzymy jak się wykrwawia.
– Kojący to będzie widok.
Ricardo wciska mi teraz dłoń pomiędzy uda, jest delikatny i taki złakniony bliskości. Wiem, że nie powinniśmy tego robić, to mój brat bliźniak, ale wielu rzeczy nie powinniśmy robić i mamy to gdzieś. Wiem, że to nieprzyzwoite, ale co mi do przyzwoitości, pozostawmy ją panienkom i ministrantom. Pozwalam mu przez chwilę, sprawia mi przyjemność ten dotyk, to ciepło, ta bliskość, ta świadomość jego podniecenia, świadomość panowania nad sytuacją. Kontrolowana rozkosz.
– Przestań, później – mówię ciszej i mniej stanowczo niż bym chciała, a on zatapia usta w mojej szyi i łaskocze wąsami.
– Spotkałem José Moralesa, na dole, w kantynie Toniego Bravo.
– Znów tam byłeś?
– Nie pytasz o Moralesa?
– Zaraz spytam. Znów jechałeś w nocy do baru? Nie możesz napić się tequili w domu?
– Oj Rositko, mówisz jakbyś mnie nie znała, wiesz, że w domu to nie to samo.
– Zabierz ode mnie ręce!
– Przecież muszę się ciebie trzymać, inaczej spadnę.
– Masz uchwyt.
– Uchwyt jest zimny, a ty taka ciepła – znów mnie całuje w szyję, nie zniosę tego dłużej.
– Jak nie przestaniesz, to będziesz sam prowadził motor.
– Serio? Dasz mi prowadzić swoją ulubioną zabawkę?
– Nie. To co z tym Moralesem? Skąd się wziął?
– Wyszedł z pierdla. Wiedziałaś, że siedział?
– Wiedziałam.
– I nic nie mówiłaś?
– Nigdy nie pytałeś.
– Fakt.
– Wcale nie chciałeś wiedzieć, prawda?
– Nie chciałem.
– I wcale nie chciałeś go spotkać.
– Nie chciałem. Ale dobrze się stało, pomógł mi dostać się do domu.
– Pomógł? Był bardziej trzeźwy od ciebie?
– Nie sądzę. Ale jechał ze mną do El Punto.
– We dwóch na tym małym motorku?
Wyjeżdżam z gęstwiny i jestem na starej leśnej drodze, teraz będzie można trochę dodać gazu. Słońce już wzeszło, jest oślepiająco białe. Z pewnością rozpoczęli obławę, wcześniej czy później tu trafią, wcześniej czy później znajdą nasz ślad. Nie boję się, umiem się bronić, znam teren, odpowiada mi rola ściganej zwierzyny.
– Konkretnie to w troje, z Muxo.
– No jasne, przecież nie poszedłbyś do kantyny bez kotki.
– Nie poszedłbym bez niej nigdzie.
– A czego Morales szukał w El Punto?
– Zaprosiłem go do nas.
– W gości? W środku nocy?
– Wyglądał na zagubionego. Był bez kasy, bez roboty i chyba bez dachu nad głową.
– Biedactwo.
– Zupełnie tak jak my teraz.
– Ale my mamy siebie – zabrzmiało zbyt pieszczotliwie.
– A ja mam na dokładkę Muxo – znów wodzi palcami wokół moich sutków.
– I co dalej z Moralesem?
– Gliny obstawiły drogę. Zostawiłem go, narobił zamieszania, ściągnął ich uwagę, a ja przeskoczyłem przez rabatki i kwiatki, po ciebie śpiąca księżniczko.
– Dużo było glin?
– Nie wiem, co najmniej trzy radiowozy. Augusto Caliente tam był.
– I nie strzeliłeś mu w brzuch?
– Jakoś nie miałem czasu.
– To co z ciebie za rewolwerowiec?
– Jak widać marny – czuję ciepło ust, całuje mnie w ucho, to bardzo wilgotny pocałunek.
– Jak on wygląda?
– Jak brudny tucznik.
– Pytam o José Moralesa.
Ricardo chwilę milczy, z trudem utrzymuję na tej drodze równowagę, slalomem omijam kamienie, wyrwy, koleiny pełne błotnistej wody. Dobrze, że założyłam solidne osłony łańcucha, inaczej dawno powkręcałyby się powoje i korzenie. Pomimo swojej masy, tych dwustu kilogramów, BMW F650 dobrze się sprawdza na błotnistych, offroadowych drogach, wysoki skok zawieszenia, no i lekko się prowadzi, stabilny, mocny, lubię ten motocykl jak żaden przedtem, no może poza Harley-Davidsonem FXR, na którym G.I. Joe uczył mnie jeździć, i na którego skórzanym siedzeniu straciłam dziewictwo.
– Schudł jeszcze bardziej – Ricardo wreszcie się odezwał. – Postarzał się. Mniej mówi, mniej zadaje pytań. Siedział w Jalisco i chyba nie był to najszczęśliwszy okres w jego życiu.
Powietrze rozrywa obcy w tej kakofonii puszczy odgłos serii z automatu, jedna z kul rozbija przedni błotnik, druga przebija osłonę silnika, ostro hamuję i skręcam, z impetem wpadamy w paprocie, kaleczę brzuch i uda, cholerna koszula nocna nic nie chroni i nic nie zakrywa, paprocie są gęste ale na szczęście miękkie, pachnie tu niebieskimi kwiatami pobliskiego drzewa jacarandy, strącam Ricarda, sama wyskakuję, maszyna toczy się jeszcze kilkanaście metrów i zatrzymuje na rozłożystych gałęziach, przywieram do ziemi, brat mój czołga się w stronę motoru, żałośnie rozgląda się za kotką, odstrzelą mu zaraz głowę razem z kapeluszem. Też się czołgam do przewróconego motoru, wyciągnąć ze schowka Colta Pythona.

* * *

Kolejna seria z automatu, padam twarzą w trawę, kapelusz mam podziurawiony jak sito.
– Muxo, kochana, nie bój się, tatuś cię stąd wydostanie, wszystko będzie dobrze – jestem już przy niej, uspokajająco głaszczę czarny łebek. Warczy, uszy ma podniesione, węszy niespokojnie, wytrzeszcza w strachu zielone oczy.
Wychylam głowę, tratatata, terkocze pistolet, zapewne Mendoza, znów kula przebiła materiał i utkwiła metr ode mnie, w drzewie. Strzelają jak do kuropatw w trawie. Nie sięgniemy ich z rewolwerów, są za daleko, nawet nie ma jak celować z gębą przyciśniętą do ziemi.
– Leż płasko – słyszę za sobą syk Rosity. – I zdejmij ten cholerny kapelusz.
Ma rację. Kapelusz zakładam na kawałek wystającego korzenia, niech strzelają, żal go bo to elegancki skórzany kapelusz, w dodatku rodzinna pamiątka po Rico, naszym kuzynie, który zamarzł na kość zamknięty w zaplombowanej stalowej chłodni, próbując nielegalnie przekroczyć granicę z północną Ameryką. Drogi Rico, najbardziej niewinny i najbardziej pechowy w rodzinie Rodriguez, ciężarówka-chłodnia stała na granicy dłużej niż planowano, celnicy drobiazgowo sprawdzali dokumenty, przyglądali się plombom, drukom, pieczątkom, podpisom, a gdy wreszcie samochód przekroczył granicę w Juárez i wjechał na ziemię obiecaną do El Paso, kierowca znalazł czterech sztywnych, oszronionych mężczyzn, bo Rico udawał się do Teksasu wraz z kolegami. Ciężarówka pojechała dalej, zamarznięte trupy szybko odtajały porzucone na wysypisku śmieci, kuzyn miał w kieszeni dokumenty, więc zapakowano go w czarny worek i odesłano z powrotem do Meksyku. Razem z tym kapeluszem. Wziąłem, bo był ładny, a nikt inny go nie chciał, nie lubię gdy ładne rzeczy się marnują. Przykro mi teraz, że muszę pożegnać się z rodzinną pamiątką, z dwojga złego lepiej jednak stracić kapelusz niż głowę. Rosita czołga się, jedwabna koszulka teraz utytłana błotem i zielona od wilgotnej trawy podciągnęła jej się powyżej pępka, podniecająco wygląda, półnaga, z zaciętą miną, z wielkim rewolwerem w dłoni, z uniesioną pupą, wgapiam się pomiędzy jej białe pośladki i mam plan jak nas z tego piekła wydostać. Zostawiam nieszczęśliwą Muxo, turlam się kilka metrów do przodu, w wysoką gęstwinę mokrych paproci, przypadam do Rosity.
– Słuchaj – szepcę. – Nie mamy szans stąd ich sięgnąć, nie wycelujesz z rewolweru, a oni mają pistolety maszynowe. Ilu ich widziałaś?
– Chyba dwóch.
– Też tak mi się wydaje. Musimy zaryzykować. Krzykniesz, że się poddajesz, wstaniesz, rzucisz do przodu kolta i wyjdziesz z wysoko podniesionymi rękoma. W tym stroju wyglądasz jak leśna bogini seksu, więc pewnie cię nie zastrzelą, przynajmniej nie od razu. Najpierw zechcą nacieszyć oczy, tak by przynajmniej zrobił normalny mężczyzna na twój widok siostrzyczko – widzę, że Rosita już łapie, o co mi chodzi, uśmiecha się złośliwie. – Powiesz im, że mnie zastrzelili, wskażesz na podziurawiony kapelusz, który został z tyłu. Jak tu podejdą, wypalę im między oczy.
– Nie wiedziałam, że są leśne boginie seksu – uśmiecha się.
– Bo ty jesteś ostatnią z wymarłego gatunku.
– A co jak nie podejdą?
– To będziemy się martwić. I tak w starciu nie mamy szans.
– Idę.
– Poczekaj, doczołgam się do tamtej paproci, tam jest mały prześwit, będę widział jak się zbliżają.
– Nie strzelajcie! Poddaję się! – krzyczy z prośbą w głosie, odrzuca daleko przed siebie rewolwer, nic się nie dzieje, unosi wysoko ręce, odchyla w tył głowę tak że długie włosy opadają do tyłu i podnosi się powoli, wygląda jak dar lasu, jeśli nie dar niebios, piękna, elektryzująca, bijąca aurą seksu. Mam nadzieję, że te cymbały w mundurach stoją teraz z otwartymi gębami, nie widzę ich stąd, ale jeśli to nie pedały, to musieli wybałuszyć gały.
– Podejdź tu – jeden krzyczy. Rosita robi kilka niezdecydowanych kroków naprzód. Wychodzi na drogę, staje przed nimi w promieniach słońca, przez brudną koszulkę prześwituje doskonała nagość.
– Podejdź panno, nie bój się, nie gryziemy – rechoce ten drugi.
– Nie jestem pewna – Rosita doskonale gra zalęknioną dziewczynkę. – Boję się – mówi i wybucha płaczem. – Zastrzeliliście mojego brata – zanosi się szlochem, jej piersi unoszą się z każdym ciężkim oddechem.
Teraz widzę gliniarzy, jest ich dwóch, rozglądają się na boki i wolno podchodzą, nagle jeden puszcza serię w stronę mojego kapelusza, mimowolnie odwracam się, została tylko postrzępiona szmata, przepraszam Rico, dbałem o niego, ale świat pełen jest barbarzyńców, którzy nie potrafią docenić eleganckiej konfekcji.
– No, nie płacz laleczko – mówi krępy gliniarz z gęstymi wąsami i bokobrodami, opuszcza pistolet i uchyla kapelusza. – Będziemy musieli skuć ci rączki i zabrać na wycieczkę. Piękny strój – dodaje i oblizuje lubieżnie grube, popękane od słońca usta. – Podnieś wyżej ręce, ramiona w górę, o tak, bardzo ładnie – Rosita posłusznie wykonuje polecenia, wygląda jak złowroga bogini z nagimi ramionami wyciągniętymi ku słońcu i opadającymi na zapłakaną twarz czarnymi włosami. Ten lubieżnik podnosi z ziemi cienką gałąź i podchodzi na odległość metra. Unosi tym patykiem w górę nocną koszulę, która i tak niczego nie ukrywała, unosi powyżej pępka, dotyka brudnym drewnianym końcem jej jedwabistej skóry, wodzi nim po podbrzuszu, po kępce łonowych włosów, dźga pomiędzy uda i rechoce paskudnie. Rosita stoi jak posąg, opanowana, udaje przerażenie, ale naprawdę jest zachwycająco obojętna.
Drugi gliniarz idzie wprost na mnie, jeszcze metr, dwa i mnie zauważy.
Wstaję i strzelam mu między oczy, odwracam się i strzelam drugiemu w otwartą gębę, ciężki pocisk kalibru 44 odrywa język, potem rozsadza mózg i kości czaszki. Krępy oblech stoi jeszcze sekundę z zakrwawionym czerepem, po czym przewraca się jak ścięte drzewo cały czas trzymając w zaciśniętej dłoni gałąź, którą dotykał Rosity.
Seria z automatu. Padam przeszyty bólem, ze zdumieniem patrzę na lewą dłoń. Kurwa! Odstrzelili mi mały palec. Lecą kolejne serie, kątem oka widzę, że Rosa turla się po trawie za tego trupa, który leży bliżej mnie i dalej od samochodu. Teraz trajkoczą już dwa pistolety, ręka obficie mi krwawi, staram się odczołgać jak najdalej w gęstwinę, kurwa nie, muszę wrócić, ratować Rositę, jeśli ginąć to razem.

* * *

Kolejna seria pocisków wzbiła kurz, przeleciały kilka metrów z boku, strzelają na oślep zza samochodu, gdyby wyszli, już by nas mieli, ale boją się, nie wiedzą, że mamy tylko rewolwer, nie wiedzą, że też ich nie widzimy. Dopadam wreszcie leżącego w trawie trupa, mam jego pistolet, przy pasku jeszcze dwa zapasowe magazynki. Strzelam w stronę blokującego drogę radiowozu, wielki biały chevrolet z gwiazdą na drzwiach, nie mam szansy ich trafić i zdradzam swoją pozycję, ale chcę ich wystraszyć, niech wiedzą, że też mamy automaty, że są w naszym zasięgu. To nie są doświadczeni gwardziści, pewnie żaden z nich nigdy nie strzelał do człowieka, w panice wcześniej czy później popełnią błąd. Krótka seria, kule rozrywają martwe ciało policjanta, ale mnie już tam nie ma, przeczołgałam się szybko do przodu, chyba widzę jednego z nich, mierzy zza tylnego koła samochodu. Wtem z gęstwiny za mną wypada Ricardo, krzyczy jak wariat, jak aztecki wojownik, biegnie i strzela w stronę samochodu.
– Padnij, durniu! – krzyczę, policjant wystawia głowę, równocześnie naciskamy spust, gliniarz osuwa się zakrwawiony, patrzę w tył, Ricardo też pada. Nachylam się i biegnę w kierunku auta, cisza, teraz go widzę, siedzi nachylony w pasażerce, gada coś do radiotelefonu, przez sekundę, przez ułamek sekundy, nasz spojrzenia krzyżują się, widzę strach w obcych ale ładnych brązowych oczach, zmieniam magazynek i podrywam się, strzelam prosto w boczną szybę, odpryski szkła spadają na mężczyznę, on odruchowo zasłania głowę, dopadam radiowozu, otwieram drzwi i ładuję wszystkie pociski w skulonego policjanta. Nie ma zmiłuj, postrzępiony mundur czerwony jest od krwi. Odwracam się, Ricardo podbiega, ma zakrwawioną rękę, a więc upadł odruchowo, tamte kule przeleciały gdzieś obok, ulga. Widzę jego wściekłą minę, z całej siły kopie w twarz leżącego za samochodem, ten jeszcze żył postrzelony w pierś, żył ale ciężki but właśnie złamał mu potylicę.
Obydwoje dyszymy ze zmęczenia. Z nieszczęśliwą miną pokazuje mi lewą dłoń, odstrzelili mu mały palec.
– Ciesz się, że nie ptaszka.
– Jak zwykle pełna empatii – krzywi się zły.
– Nie jesteś mańkutem, nadal możesz strzelać i walić konia, więc chyba poradzisz sobie bez małego paluszka – chyba przesadzam ze złośliwością, rozrywam bluzę martwego policjanta i szybko zawiązuje prowizoryczny opatrunek. – Na razie musi wystarczyć, spieprzamy stąd.

5 komentarzy dla “Bandyci Rodriguez – rozdział 13

  1. Bandyci Rodriguez

    jest super, ale mam wątpliwość. Jeśli strzelał z Colta Pythona, to chyba nie pociskiem kalibru 44, taki kaliber miała Anaconda.

    • Bandyci Rodriguez

      a bo widzisz, z bliźniakami to jest tak, że jedno ma Pythona, drugie ma Smith & Wesson’s M29 .44 Magnum i narracja się przeplata, ale oczywiście z krótkiego fragmentu to nie wynika. W każdym bądź razie są dwie fajne giwery i para fajnych straceńców.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

26 maja 2018 o godz. 20:21

Kartka z podróży – wizyta w Nela Drinks

Nela Drinks5

Kilka kilometrów od Czeskiego Cieszyna, we wsi Dolní Žukov, przy wąskiej wiejskiej drodze na wzgórzu jest destylarnia Nela Drinks. Już po przekroczeniu granicy w Cieszynie widać przy drodze ich reklamy. Rodzinna firma powstała w 2000 roku, początkowo jako mała gorzelnia – zaczynali od śliwowicy, potem zaczęli destylować gruszki, następnie także zestawiać ziołowe likiery. W 2017 roku uruchomili gorzelnię usługową dla okolicznych sadowników, którym destylują ich owoce. Na miejscu odbywa się fermentacja, a potem destylacja w niewielkim aparacie kubłowo-kolumnowym czeskiej produkcji. Ich własna oferta jest bardzo szeroka – od śliwowicy o mocy 50%, przez wódki, po typowe dla czeskiego rynku alkohole, jak rum z buraków cukrowych, czyli tuzemak, zielony likier miętowy, jałowcową borovičkę, sznapsy gruszkowe, śliwkowe, morelowe, brandy, likiery ziołowe i inne, w większości bardzo niskiej jakości. Ich marki to m.in. Ferdinand i Beskydská. Na miejscu w destylarni można kupić pełną ofertę ich alkoholi.

24 maja 2018 o godz. 13:36

Kartka z Podróży – St. Ambrosius

St Ambrosius-004

We wsi Nýdek, niedaleko Wisły, przy granicy polsko-czeskiej (ale po czeskiej stronie) działa mały producent miodowych likierów, pan David Czyż. Ten region nazywany jest Górolsko Swoboda, obejmuje fragment Beskidu na pograniczu Polski, Czech i Słowacji. Jak całe Beskidy, od wieków region znany jest z miodowych wódek, znanych jako: miodula, miodonka, medonka.

24 maja 2018 o godz. 12:53

Akademia Brandy – odcinek 3

W dzisiejszym odcinku Akademii Brandy z Pliską zapraszamy na opowieść Łukasza Gołębiewskiego, redaktora naczelnego magazynu „Aqua Vitae” o tym, co oznaczają symbole XO, VS, VSOP na koniakach i brandy oraz gwiazdki na Metaxie. Czy zawsze używane są do określenia wieku? Zapraszamy.

18 maja 2018 o godz. 21:29

Kolejny odcinek w Koktajle.tv

Zapraszamy na drugi odcinek z serii Akademia Brandy Pliska z Koktajl.TV. Łukasz Gołębiewski, redaktor naczelny magazynu o alkoholach „Aqua Vitae” opowie jak powinno się pić i podawać koniak, dlaczego w takim kieliszku oraz czy powinno się go podgrzewać. Zapraszamy!

18 maja 2018 o godz. 13:04

Przyjaciel książki

frend2-001

Jak ktoś w dzieciństwie zaprzyjaźni się z książką, to mu tak na resztę życia zostaje.

15 maja 2018 o godz. 12:46

Mocne alkohole w Polsce 2018

OkladkaRMA

Książka „Mocne alkohole w Polsce 2018” to pozycja pionierska, bo choć mieliśmy na rynku różne publikacje w podobnym tonie, czy to własne wydawnictwa ówczesnych Polmosów czy „Almanach wódek polskich”, wszystkie one były kroplą w morzu potrzeb. Co więcej, ograniczały się do swojego „poletka”.

15 maja 2018 o godz. 08:15

Kartka z podróży – Spacerem po Treviso

_DSC6498

Z Włoch wracałem z lotniska Treviso, a że miałem jeszcze kilka godzin do odlotu, więc postanowiłem zrobić spacer po mieście. Przecina je rzeka Sile, wzdłuż jej lewego brzegu ciągną się fragmenty murów starego miasta, w które wbija się systemem fos i kanałów. Tu gdzieś zostawiłem samochód (znalezienie wolnego miejsca do parkowania zajmuje sporo czasu) i ruszyłem w labirynt uliczek.

14 maja 2018 o godz. 08:43

Kartka z podróży – Wizyta w destylarni Castagner

Castagner-010

W małej wiosce Vazzola, u podnóża gór Conegliano, w samym sercu win prosecco, kilkanaście kilometrów od Treviso, swoją ogromną, nowoczesną destylarnię ma rodzina Castagner. Roberto Castagner założył firmę w 1996 roku i bardzo szybko stał się jednym z największych producentów (6 mln l rocznie, ok. 12% udziału w rynku grappy). – Być może dlatego, że nie miałem w rodzinie poprzedników związanych z wytwarzaniem grappy, podszedłem do jej produkcji w sposób innowacyjny. Nie wstydzę się tego, że produkujemy grappę na skalę przemysłową, że nie jesteśmy firmą rzemieślniczą, bo wiem, że nie mielibyśmy tak mocnej pozycji na rynku, gdyby nie przemawiała za nami jakość produktów – mówi Roberto Castagner.

13 maja 2018 o godz. 08:03

Kartka z podróży – Valdobiaddene

_DSC6441

Valdobiaddene, stolica prosecco, miasteczko otoczone wzgórzami i winnicami (ponad 6500 ha upraw w regionie), na każdym wzgórzu kościół, w dole winiarnie, wśród nich m.in. Mionetto, producent najbardziej popularnego w Polsce wina musującego, ale też Altaneve, Masottina i innych – jest tu ponad 3000 winiarzy, którzy rocznie dostarczają na światowe rynki ok. 600 tys. hektolitrów wina. Szlak prosecco ciągnie się przez miasteczko, przez wzgórza, przez winnice. Jak na stolicę wina z bąbelkami miasteczko jest zaskakująco senne, przy rynku jest dobrze zaopatrzony sklep z winem, jest kilka restauracji, wine-bar, ale życie towarzyskie nie koncentruje się w mieście, lecz na otaczających je pagórkach, na winnicach, do których autokary każdego dnia przywożą setki turystów z całego świata. Większość winnic ma parcele, które pozwalają na posługiwanie się oznaczeniem DOCG Prosecco di Conegliano Valdobbiadene lub po prostu DOCG Valdobbiadene Prosecco. Nie wszystkie są winami musującymi, bo w Valdobbiadene z tych samych winogron glera robi się też wina spokojne, w dodatku także z nazwą Prosecco na butelce (z dopiskiem tranquillo). Tańsze butelki robione są w zbiornikach ciśnieniowych, czyli metodą Charmata, droższe metoda tradycyjną, z fermentacją w butelkach. Właściwie każdy liczący się producent stosuje tu obydwie metody. Ze względu na ciśnienie w butelce wina dzielone są na spumante (minimum 3 bary) i frizzante (1-2,5 bara i to jest zdecydowana większość produkcji), a także wspomniane spokojne wina tranquillo. Drugi podział charakteryzuje poziom cukru, od najbardziej wytrawnych brut, przez extra dry, dry i demi sec. Robione zawsze z białych winogron (lub prawie wyłącznie, bo apelacja dopuszcza niewielki udział winogron pinot noir), ale coraz częściej spotykamy różowe prosecco, które nie jest czystym winem, lecz zawiera dodatek soków owocowych.

12 maja 2018 o godz. 08:17

Kartka z podróży – Bassano del Grappa

_DSC6217

Otoczone górami Grappa miasto Bassano jest kolebką włoskiej grappy, tu działa m.in. najstarsza wciąż czynna destylarnia – Blo. Nardini z 1779 roku, jest tu piękne muzeum grappy zorganizowane przez Jacopo Poli, w promieniu kilku kilometrów są jeszcze dwie destylarnie – Poli i Capovilla. Nie od regionalnego trunku, lecz od gór pochodzi drugi człon nazwy miasta, dodany zresztą dopiero w 1928 roku. Krystalicznie czyste źródła spływające ze wzgórz, a także porastające je winnice, niewątpliwie przyczyniły się do tego, że to tu właśnie grappa jest alkoholem absolutnie wyjątkowym.