20 marca 2012 o godz. 11:43

Bandyci Rodriguez – rozdział 13

Oto jeden z rozdziałów (jeszcze przed ostateczną redakcją) nowej powieści Łukasza Gołębiewskiego pt. "Bandyci Rodriguez", w której bohaterowie - para bliźniaków Riocardo i Rosita - uciekając przed policyjną obławą wpadają w zasadzkę.
Premiera powieści - styczeń 2013.

13. Niedziela, 13 października 1996, po piątej, Sierra Ixtepeji

Delikatna osłona jedwabiu, miękka, śliska, atłasowa, tak cienka, że czuć pod nią fakturę skóry. Oddycham zapachem jej włosów, wtulam głowę w szyję, dłonią błądzę po piersi, twardej i sterczącej, zakrytej, a przecież pod tym fularem tym bardziej nagiej, tym bardziej podniecającej. Drugą dłonią błądzę po nagim brzuchu, wyczuwam znajomy pieprzyk i małą bliznę poniżej pępka, krótka koszulka nocna nie zakrywa ud, ani łona, ani białych pośladków, na które napieram, ponad którymi wznosi się odwrócona, najeżona kolcami wytatuowana róża.
– Siedź spokojnie – fuknęła. – W tej mgle nic nie widzę.
– Ja też nic nie widzę, ale wszystko czuję – całuję ją w szyję, potem w ucho.
– Uspokój się!
Nie umiem być spokojny. Jedziemy bardzo wolno. Mgła jest tak gęsta, że nie widać nie tylko drzew wokół, ale też drogi. Toczymy się, szybciej byśmy się czołgali, ciężkie koła BMW zapadają się w miękkim poszyciu. Pachną jej włosy, pachnie jej skóra, pachną igliwie i paprocie, pachną szyszki i kora, pachną rosa i mech. Uciekinierzy, wyjęci spod prawa, bandyci Rodriguez, wolni, zakochani i szczęśliwi. Dla takich chwil warto żyć, w takich chwilach można umrzeć bez żalu, z poczuciem spełnienia, z radością w sercu. W takich chwilach nie można zachować spokoju.
– Kocham cię – szepcę jej do ucha – nie odpowiada, ale nieznacznym gestem mocniej przytula szyję do mojej twarzy. – Ciebie też, Muxo – głaszczę zazdrosną kotkę, która zaczyna wiercić się niespokojnie. – Zróbmy sobie postój, przeczekajmy mgłę.
– Nie Ricardo, żadnych postojów. Tu są góry, jest tylko kilka szlaków, łatwo nas wytropić. Ta droga wije się po głazach i strumieniach, to śmiertelnie trudny i męczący odcinek, dla kozic, nie dla pary motocyklistów z kotką. Musimy posuwać się do przodu, tu drzewa są zbyt rzadkie, zbyt dużo odkrytych przestrzeni, polan, samotnych skał, gdy opadnie mgła, wypatrzą nas z helikoptera. Korzystajmy, że nic nie widać, że na razie nie mogą ani latać, ani rozpocząć obławy. Musimy przedostać się do parku narodowego Benito Juareza, znam doskonale tamten teren, jest gęsto porośnięty, wydeptane przez zwierzęta ścieżki są trudno dostępne, jest tam też kilka miejsc, gdzie możemy założyć obóz i zastanowić się spokojnie nad naszą sytuacją. Masz jakieś pieniądze?
– Drobne. Mniej niż tysiąc peso.
– To będziemy polować, jak za dawnych dobrych czasów.
– Jak za dobrych czasów – wtulam z czułością twarz w jej włosy, dłonią przejeżdżam po łonie, próbuję zagłębić palce w wilgotnej szczelince, ale odpycha moją rękę.
– Przestań Ricardo, nie wykorzystuj okazji.
– Ricardo lubi wykorzystywać okazje – mówię pieszczotliwie.
– Niegrzeczny chłopiec.
– Bardzo niegrzeczny – przyznaję i sięgam dłonią bardziej zdecydowanie. Jest ciepła i śliska, naciskam sterczący guziczek, krążę wokół niego palcami, Rosita lekko rozchyla uda, tylko o kilka milimetrów, ale to wystarcza.
– Schyl głowę – krzyczy, nie rozumiem, auuu, kurwa!
 Leżę na plecach z głową w lodowatym strumieniu. Nie schyliłem głowy. Zwisająca liana zrzuciła mnie, rozcieram bolącą czerwoną pręgę na szyi, złamałbym kark gdybyśmy jechali choćby trochę szybciej. Woda robi się szkarłatna, dotykam głowy, włosy lepią się od krwi, głęboko rozciąłem skórę, przebieram dłońmi w piaszczystym dnie potoku, pełno tu ostrych, skamieniałych muszli, każda ma pewnie milion lat, cholera wie, leżała tu eony żebym rozwalił o nią łeb.
– Auuu, kurwa! – o to co znowu? Wyciągam z wody dłoń jak oparzony, uszczypał mnie rzeczny krab. Szare, parszywe, niewidoczne pod kamieniami, ale za to z ostrymi szczypcami. Jak ja nie cierpię tych wszystkich małych, złośliwych stworzeń.
– Przestałeś się nad sobą rozczulać? Wskakuj i jedziemy, zaraz zrobi się całkiem widno – ech, to jej współczucie.

* * *

Nareszcie znów w lesie, jestem córką puszczy, czuję się tu jak u siebie, jak driada strażniczka drzew, jak puma na swoim terenie łownym. Ziemia paruje, jeszcze nie wstało słońce, a już robi się duszno. W jedną kakofonię puszczy krzyżują się setki dźwięków, niektóre dochodzą z daleka, jak poszczekiwania dzikich psów, inne są bardzo blisko, jak rechoczące cicho gekony. Mgła szybko opada, z każdym kwadransem robi się coraz jaśniej, a przez to mniej bezpiecznie. Z gęstwiny drzew słyszę gwizd świstaka, gdzieś z gór dobiega wycie kojota, niezgrabnie, z hałasem, łamiąc gałęzie ucieka opos, mieszają się ptasie śpiewy, trele papóg, pohukiwania sów, skrzekliwe nawoływanie jastrzębi. Słyszę puszczę pomimo ryku siedemdziesięciu koni mechanicznych, słyszałabym ją podczas ostrzału artyleryjskiego, wybuchu bomby jądrowej, trzęsienia ziemi, podczas końca świata. Puszcza to żywioł, puszcza to życie. Mgła jest już nisko, rozpoznaję wreszcie drogę, po omacku jechaliśmy we właściwym kierunku, skały są tu twarde, ale niezbyt strome, oddaliliśmy się osiem, może dziewięć kilometrów od asfaltowej drogi, niewiele, ale nie możemy wjechać głębiej, tam zbocza są zbyt kamieniste, za jakiś kilometr czy dwa powinna być porośnięta trawą szeroka ścieżka, przejezdna dla samochodów służb leśnych, która wiedzie na obrzeża parku narodowego, dalej jest stare porzucone obozowisko, gdzie kiedyś składowano drewno z wycinki, nocowałam tam raz, nie jest to przyjemne miejsce, cuchnące wilgocią, porośnięte pleśnią i pajęczynami, ale bezpieczne, blisko strumienia i schowane w gęstwienie drzew, będzie można tam zapalić niewielkie ognisko, które powinno odstraszyć węże, zagotować wodę, może upiec coś do jedzenia.
– Pokazali cię w telewizji – Ricardo wciąż się z tyłu kręci i łapie mnie za cycki, jest nieznośny.
– W programie z gwiazdami?
– W kronice kryminalnej.
– Wow! To chyba o to nam chodziło. Czyli jesteśmy sławni?
– Sławni bezimienni. Zarejestrowała cię kamera w banku. Nawet ładnie wyszłaś.
– Na to liczyłam.
– Żartujesz?
– A co myślisz? Nie wiedziałeś, że chcę zostać gwiazdą telewizyjną?
– Przestań – zaciska swoje wielkie ręce na moim biuście.
– Sam przestań. Przestań wreszcie mnie obmacywać.
– Śledztwo prowadzi komisarz Augusto Caliente.
– Ta tłusta świnia?
– Ten spasiony knur, właśnie on.
– Z chęcią odstrzelę mu jaja – cały czas czuję wzwód Ricarda, który przyciska się kroczem do moich nagich pośladków. Nie dziwię się, że jest podniecony, ta cholerna koszulka więcej odsłania niż zakrywa.
– To ty strzelaj w jaja, a ja w brzuch. A potem popatrzymy jak się wykrwawia.
– Kojący to będzie widok.
Ricardo wciska mi teraz dłoń pomiędzy uda, jest delikatny i taki złakniony bliskości. Wiem, że nie powinniśmy tego robić, to mój brat bliźniak, ale wielu rzeczy nie powinniśmy robić i mamy to gdzieś. Wiem, że to nieprzyzwoite, ale co mi do przyzwoitości, pozostawmy ją panienkom i ministrantom. Pozwalam mu przez chwilę, sprawia mi przyjemność ten dotyk, to ciepło, ta bliskość, ta świadomość jego podniecenia, świadomość panowania nad sytuacją. Kontrolowana rozkosz.
– Przestań, później – mówię ciszej i mniej stanowczo niż bym chciała, a on zatapia usta w mojej szyi i łaskocze wąsami.
– Spotkałem José Moralesa, na dole, w kantynie Toniego Bravo.
– Znów tam byłeś?
– Nie pytasz o Moralesa?
– Zaraz spytam. Znów jechałeś w nocy do baru? Nie możesz napić się tequili w domu?
– Oj Rositko, mówisz jakbyś mnie nie znała, wiesz, że w domu to nie to samo.
– Zabierz ode mnie ręce!
– Przecież muszę się ciebie trzymać, inaczej spadnę.
– Masz uchwyt.
– Uchwyt jest zimny, a ty taka ciepła – znów mnie całuje w szyję, nie zniosę tego dłużej.
– Jak nie przestaniesz, to będziesz sam prowadził motor.
– Serio? Dasz mi prowadzić swoją ulubioną zabawkę?
– Nie. To co z tym Moralesem? Skąd się wziął?
– Wyszedł z pierdla. Wiedziałaś, że siedział?
– Wiedziałam.
– I nic nie mówiłaś?
– Nigdy nie pytałeś.
– Fakt.
– Wcale nie chciałeś wiedzieć, prawda?
– Nie chciałem.
– I wcale nie chciałeś go spotkać.
– Nie chciałem. Ale dobrze się stało, pomógł mi dostać się do domu.
– Pomógł? Był bardziej trzeźwy od ciebie?
– Nie sądzę. Ale jechał ze mną do El Punto.
– We dwóch na tym małym motorku?
Wyjeżdżam z gęstwiny i jestem na starej leśnej drodze, teraz będzie można trochę dodać gazu. Słońce już wzeszło, jest oślepiająco białe. Z pewnością rozpoczęli obławę, wcześniej czy później tu trafią, wcześniej czy później znajdą nasz ślad. Nie boję się, umiem się bronić, znam teren, odpowiada mi rola ściganej zwierzyny.
– Konkretnie to w troje, z Muxo.
– No jasne, przecież nie poszedłbyś do kantyny bez kotki.
– Nie poszedłbym bez niej nigdzie.
– A czego Morales szukał w El Punto?
– Zaprosiłem go do nas.
– W gości? W środku nocy?
– Wyglądał na zagubionego. Był bez kasy, bez roboty i chyba bez dachu nad głową.
– Biedactwo.
– Zupełnie tak jak my teraz.
– Ale my mamy siebie – zabrzmiało zbyt pieszczotliwie.
– A ja mam na dokładkę Muxo – znów wodzi palcami wokół moich sutków.
– I co dalej z Moralesem?
– Gliny obstawiły drogę. Zostawiłem go, narobił zamieszania, ściągnął ich uwagę, a ja przeskoczyłem przez rabatki i kwiatki, po ciebie śpiąca księżniczko.
– Dużo było glin?
– Nie wiem, co najmniej trzy radiowozy. Augusto Caliente tam był.
– I nie strzeliłeś mu w brzuch?
– Jakoś nie miałem czasu.
– To co z ciebie za rewolwerowiec?
– Jak widać marny – czuję ciepło ust, całuje mnie w ucho, to bardzo wilgotny pocałunek.
– Jak on wygląda?
– Jak brudny tucznik.
– Pytam o José Moralesa.
Ricardo chwilę milczy, z trudem utrzymuję na tej drodze równowagę, slalomem omijam kamienie, wyrwy, koleiny pełne błotnistej wody. Dobrze, że założyłam solidne osłony łańcucha, inaczej dawno powkręcałyby się powoje i korzenie. Pomimo swojej masy, tych dwustu kilogramów, BMW F650 dobrze się sprawdza na błotnistych, offroadowych drogach, wysoki skok zawieszenia, no i lekko się prowadzi, stabilny, mocny, lubię ten motocykl jak żaden przedtem, no może poza Harley-Davidsonem FXR, na którym G.I. Joe uczył mnie jeździć, i na którego skórzanym siedzeniu straciłam dziewictwo.
– Schudł jeszcze bardziej – Ricardo wreszcie się odezwał. – Postarzał się. Mniej mówi, mniej zadaje pytań. Siedział w Jalisco i chyba nie był to najszczęśliwszy okres w jego życiu.
Powietrze rozrywa obcy w tej kakofonii puszczy odgłos serii z automatu, jedna z kul rozbija przedni błotnik, druga przebija osłonę silnika, ostro hamuję i skręcam, z impetem wpadamy w paprocie, kaleczę brzuch i uda, cholerna koszula nocna nic nie chroni i nic nie zakrywa, paprocie są gęste ale na szczęście miękkie, pachnie tu niebieskimi kwiatami pobliskiego drzewa jacarandy, strącam Ricarda, sama wyskakuję, maszyna toczy się jeszcze kilkanaście metrów i zatrzymuje na rozłożystych gałęziach, przywieram do ziemi, brat mój czołga się w stronę motoru, żałośnie rozgląda się za kotką, odstrzelą mu zaraz głowę razem z kapeluszem. Też się czołgam do przewróconego motoru, wyciągnąć ze schowka Colta Pythona.

* * *

Kolejna seria z automatu, padam twarzą w trawę, kapelusz mam podziurawiony jak sito.
– Muxo, kochana, nie bój się, tatuś cię stąd wydostanie, wszystko będzie dobrze – jestem już przy niej, uspokajająco głaszczę czarny łebek. Warczy, uszy ma podniesione, węszy niespokojnie, wytrzeszcza w strachu zielone oczy.
Wychylam głowę, tratatata, terkocze pistolet, zapewne Mendoza, znów kula przebiła materiał i utkwiła metr ode mnie, w drzewie. Strzelają jak do kuropatw w trawie. Nie sięgniemy ich z rewolwerów, są za daleko, nawet nie ma jak celować z gębą przyciśniętą do ziemi.
– Leż płasko – słyszę za sobą syk Rosity. – I zdejmij ten cholerny kapelusz.
Ma rację. Kapelusz zakładam na kawałek wystającego korzenia, niech strzelają, żal go bo to elegancki skórzany kapelusz, w dodatku rodzinna pamiątka po Rico, naszym kuzynie, który zamarzł na kość zamknięty w zaplombowanej stalowej chłodni, próbując nielegalnie przekroczyć granicę z północną Ameryką. Drogi Rico, najbardziej niewinny i najbardziej pechowy w rodzinie Rodriguez, ciężarówka-chłodnia stała na granicy dłużej niż planowano, celnicy drobiazgowo sprawdzali dokumenty, przyglądali się plombom, drukom, pieczątkom, podpisom, a gdy wreszcie samochód przekroczył granicę w Juárez i wjechał na ziemię obiecaną do El Paso, kierowca znalazł czterech sztywnych, oszronionych mężczyzn, bo Rico udawał się do Teksasu wraz z kolegami. Ciężarówka pojechała dalej, zamarznięte trupy szybko odtajały porzucone na wysypisku śmieci, kuzyn miał w kieszeni dokumenty, więc zapakowano go w czarny worek i odesłano z powrotem do Meksyku. Razem z tym kapeluszem. Wziąłem, bo był ładny, a nikt inny go nie chciał, nie lubię gdy ładne rzeczy się marnują. Przykro mi teraz, że muszę pożegnać się z rodzinną pamiątką, z dwojga złego lepiej jednak stracić kapelusz niż głowę. Rosita czołga się, jedwabna koszulka teraz utytłana błotem i zielona od wilgotnej trawy podciągnęła jej się powyżej pępka, podniecająco wygląda, półnaga, z zaciętą miną, z wielkim rewolwerem w dłoni, z uniesioną pupą, wgapiam się pomiędzy jej białe pośladki i mam plan jak nas z tego piekła wydostać. Zostawiam nieszczęśliwą Muxo, turlam się kilka metrów do przodu, w wysoką gęstwinę mokrych paproci, przypadam do Rosity.
– Słuchaj – szepcę. – Nie mamy szans stąd ich sięgnąć, nie wycelujesz z rewolweru, a oni mają pistolety maszynowe. Ilu ich widziałaś?
– Chyba dwóch.
– Też tak mi się wydaje. Musimy zaryzykować. Krzykniesz, że się poddajesz, wstaniesz, rzucisz do przodu kolta i wyjdziesz z wysoko podniesionymi rękoma. W tym stroju wyglądasz jak leśna bogini seksu, więc pewnie cię nie zastrzelą, przynajmniej nie od razu. Najpierw zechcą nacieszyć oczy, tak by przynajmniej zrobił normalny mężczyzna na twój widok siostrzyczko – widzę, że Rosita już łapie, o co mi chodzi, uśmiecha się złośliwie. – Powiesz im, że mnie zastrzelili, wskażesz na podziurawiony kapelusz, który został z tyłu. Jak tu podejdą, wypalę im między oczy.
– Nie wiedziałam, że są leśne boginie seksu – uśmiecha się.
– Bo ty jesteś ostatnią z wymarłego gatunku.
– A co jak nie podejdą?
– To będziemy się martwić. I tak w starciu nie mamy szans.
– Idę.
– Poczekaj, doczołgam się do tamtej paproci, tam jest mały prześwit, będę widział jak się zbliżają.
– Nie strzelajcie! Poddaję się! – krzyczy z prośbą w głosie, odrzuca daleko przed siebie rewolwer, nic się nie dzieje, unosi wysoko ręce, odchyla w tył głowę tak że długie włosy opadają do tyłu i podnosi się powoli, wygląda jak dar lasu, jeśli nie dar niebios, piękna, elektryzująca, bijąca aurą seksu. Mam nadzieję, że te cymbały w mundurach stoją teraz z otwartymi gębami, nie widzę ich stąd, ale jeśli to nie pedały, to musieli wybałuszyć gały.
– Podejdź tu – jeden krzyczy. Rosita robi kilka niezdecydowanych kroków naprzód. Wychodzi na drogę, staje przed nimi w promieniach słońca, przez brudną koszulkę prześwituje doskonała nagość.
– Podejdź panno, nie bój się, nie gryziemy – rechoce ten drugi.
– Nie jestem pewna – Rosita doskonale gra zalęknioną dziewczynkę. – Boję się – mówi i wybucha płaczem. – Zastrzeliliście mojego brata – zanosi się szlochem, jej piersi unoszą się z każdym ciężkim oddechem.
Teraz widzę gliniarzy, jest ich dwóch, rozglądają się na boki i wolno podchodzą, nagle jeden puszcza serię w stronę mojego kapelusza, mimowolnie odwracam się, została tylko postrzępiona szmata, przepraszam Rico, dbałem o niego, ale świat pełen jest barbarzyńców, którzy nie potrafią docenić eleganckiej konfekcji.
– No, nie płacz laleczko – mówi krępy gliniarz z gęstymi wąsami i bokobrodami, opuszcza pistolet i uchyla kapelusza. – Będziemy musieli skuć ci rączki i zabrać na wycieczkę. Piękny strój – dodaje i oblizuje lubieżnie grube, popękane od słońca usta. – Podnieś wyżej ręce, ramiona w górę, o tak, bardzo ładnie – Rosita posłusznie wykonuje polecenia, wygląda jak złowroga bogini z nagimi ramionami wyciągniętymi ku słońcu i opadającymi na zapłakaną twarz czarnymi włosami. Ten lubieżnik podnosi z ziemi cienką gałąź i podchodzi na odległość metra. Unosi tym patykiem w górę nocną koszulę, która i tak niczego nie ukrywała, unosi powyżej pępka, dotyka brudnym drewnianym końcem jej jedwabistej skóry, wodzi nim po podbrzuszu, po kępce łonowych włosów, dźga pomiędzy uda i rechoce paskudnie. Rosita stoi jak posąg, opanowana, udaje przerażenie, ale naprawdę jest zachwycająco obojętna.
Drugi gliniarz idzie wprost na mnie, jeszcze metr, dwa i mnie zauważy.
Wstaję i strzelam mu między oczy, odwracam się i strzelam drugiemu w otwartą gębę, ciężki pocisk kalibru 44 odrywa język, potem rozsadza mózg i kości czaszki. Krępy oblech stoi jeszcze sekundę z zakrwawionym czerepem, po czym przewraca się jak ścięte drzewo cały czas trzymając w zaciśniętej dłoni gałąź, którą dotykał Rosity.
Seria z automatu. Padam przeszyty bólem, ze zdumieniem patrzę na lewą dłoń. Kurwa! Odstrzelili mi mały palec. Lecą kolejne serie, kątem oka widzę, że Rosa turla się po trawie za tego trupa, który leży bliżej mnie i dalej od samochodu. Teraz trajkoczą już dwa pistolety, ręka obficie mi krwawi, staram się odczołgać jak najdalej w gęstwinę, kurwa nie, muszę wrócić, ratować Rositę, jeśli ginąć to razem.

* * *

Kolejna seria pocisków wzbiła kurz, przeleciały kilka metrów z boku, strzelają na oślep zza samochodu, gdyby wyszli, już by nas mieli, ale boją się, nie wiedzą, że mamy tylko rewolwer, nie wiedzą, że też ich nie widzimy. Dopadam wreszcie leżącego w trawie trupa, mam jego pistolet, przy pasku jeszcze dwa zapasowe magazynki. Strzelam w stronę blokującego drogę radiowozu, wielki biały chevrolet z gwiazdą na drzwiach, nie mam szansy ich trafić i zdradzam swoją pozycję, ale chcę ich wystraszyć, niech wiedzą, że też mamy automaty, że są w naszym zasięgu. To nie są doświadczeni gwardziści, pewnie żaden z nich nigdy nie strzelał do człowieka, w panice wcześniej czy później popełnią błąd. Krótka seria, kule rozrywają martwe ciało policjanta, ale mnie już tam nie ma, przeczołgałam się szybko do przodu, chyba widzę jednego z nich, mierzy zza tylnego koła samochodu. Wtem z gęstwiny za mną wypada Ricardo, krzyczy jak wariat, jak aztecki wojownik, biegnie i strzela w stronę samochodu.
– Padnij, durniu! – krzyczę, policjant wystawia głowę, równocześnie naciskamy spust, gliniarz osuwa się zakrwawiony, patrzę w tył, Ricardo też pada. Nachylam się i biegnę w kierunku auta, cisza, teraz go widzę, siedzi nachylony w pasażerce, gada coś do radiotelefonu, przez sekundę, przez ułamek sekundy, nasz spojrzenia krzyżują się, widzę strach w obcych ale ładnych brązowych oczach, zmieniam magazynek i podrywam się, strzelam prosto w boczną szybę, odpryski szkła spadają na mężczyznę, on odruchowo zasłania głowę, dopadam radiowozu, otwieram drzwi i ładuję wszystkie pociski w skulonego policjanta. Nie ma zmiłuj, postrzępiony mundur czerwony jest od krwi. Odwracam się, Ricardo podbiega, ma zakrwawioną rękę, a więc upadł odruchowo, tamte kule przeleciały gdzieś obok, ulga. Widzę jego wściekłą minę, z całej siły kopie w twarz leżącego za samochodem, ten jeszcze żył postrzelony w pierś, żył ale ciężki but właśnie złamał mu potylicę.
Obydwoje dyszymy ze zmęczenia. Z nieszczęśliwą miną pokazuje mi lewą dłoń, odstrzelili mu mały palec.
– Ciesz się, że nie ptaszka.
– Jak zwykle pełna empatii – krzywi się zły.
– Nie jesteś mańkutem, nadal możesz strzelać i walić konia, więc chyba poradzisz sobie bez małego paluszka – chyba przesadzam ze złośliwością, rozrywam bluzę martwego policjanta i szybko zawiązuje prowizoryczny opatrunek. – Na razie musi wystarczyć, spieprzamy stąd.

5 komentarzy dla “Bandyci Rodriguez – rozdział 13

  1. Bandyci Rodriguez

    jest super, ale mam wątpliwość. Jeśli strzelał z Colta Pythona, to chyba nie pociskiem kalibru 44, taki kaliber miała Anaconda.

    • Bandyci Rodriguez

      a bo widzisz, z bliźniakami to jest tak, że jedno ma Pythona, drugie ma Smith & Wesson’s M29 .44 Magnum i narracja się przeplata, ale oczywiście z krótkiego fragmentu to nie wynika. W każdym bądź razie są dwie fajne giwery i para fajnych straceńców.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

23 września 2018 o godz. 08:57

Kartka ze Speyside – Heilan coo

SONY DSC

Szkoci mówią na nie Heilan coo, cudzoziemcy Hippie cow. Mają długą grzywkę i leniwe miny. Nie dają zbyt dobrego mleka. Hoduje się je na mięso. Szkoda, bo miło wyglądają jak są żywe. Potem już mniej miło. Przywędrowały z Hebrydów. Wzmianki o nich pochodzą już z VI wieku. W czarnej wersji nazywają się w Szkocji Kyloe i jedna taka czarna krowa z grzywką znajdzie się na okładce najbliższego numeru „Aqua Vitae”.

22 września 2018 o godz. 09:42

Kartka ze Speyside – Dunnottar Castle

Dunnottar Castle (37)

Kiedy spytać Szkota, dlaczego nie czuje pokrewieństwa z Irlandczykami, choć to podobna kultura, podobny język i podobne zamiłowanie do spokojnego wiejskiego życia ze szklaneczką whisky, odpowie, że z Irlandczykiem w ogóle nic go nie łączy, bo oni są celtami, a Szkoci to piktowie. Dla mnie tyle samo w tym sensu, co w stwierdzeniu, że nic mnie nie łączy z ludźmi z południa Polski, bo oni to Wiślanie, a my to Polanie. Ale tak całkiem serio, kulturowa tożsamość w Szkocji i Irlandii jest bardzo wysoka, a nawiązania do kultury piktów i celtów są jej częścią.

21 września 2018 o godz. 09:24

Kartka ze Speyside – Benromach

_DSC8756

Niewielka szkocka gorzelnia whisky, działająca w regionie Speyside, w miasteczku Forres od 1898 roku. Wielokrotnie zmieniała właścicieli, a w latach 1983-1998 stała zamknięta. Obecnie jest własnością Gordon & MacPhail. Używają głównie torfowanego jęczmienia, o poziomie natorfienia 12 ppm i 47 ppm, a także nietorfowanego jęczmienia organic. Kadź zacierna ma pojemność 1,5 tony. Mają 13 kadzi fermentacyjnych z sosny oregońskiej, stosują dwa rodzaje fermentacji – krótsza trwa 62-67 godzin, wydłużona – 110 godzin, stosują drożdże browarnicze. Alembik pierwszej destylacji ma pojemność 7500 l, drugiej destylacji – 4250 l. Alembiki Forsyths z zewnętrznym kondensatorem. Odbierają alkohol o mocy 70%, przed wlaniem do beczek obniżają moc do 63,5%. Cały proces produkcji jest sterowany ręcznie. Rocznie produkują ok. 700 tys. l alkoholu. Destylarnia ma w swoich magazynach ok. 18 tys. beczek. Używają tylko beczek first fill po bourbonie, poza tym beczek po sherry z bodegi Williams & Humbert, a do whisky z jęczmienia organic – dziewiczych beczek z białego dębu z Missouri. W 2018 roku uruchomili osobną mikro-destylarnię, w której produkują gin Red Door.

20 września 2018 o godz. 08:37

Kartka ze Speyside – Glen Moray

SONY DSC

Glen Moray to ogromna destylarnia whisky ze Speyside, powstała w 1897 nad brzegiem rzeki Lossie, na przedmieściach Elgin, w ostatnich latach całkowicie przebudowana do przemysłowych rozmiarów. Wcześniej, od 1828 roku, w tym samym miejscu działał browar West Brewery. Zaczynali z jedną parą alembików, które zrobiono z przebudowanych kadzi warzelniczych. Te stare alembiki przepadły w pożarze. Kilkakrotnie zamykana, kilkakrotnie też zmieniała właścicieli. W 1920 roku przejęta przez spółkę Macdonald & Muir (ówczesnego właściciela Glenmorangie). Przebudowana w 1958 roku, w 1979 roku wprowadzono dwa nowe alembiki. Pod koniec lat 70. zaprzestano własnego słodowania. W 2008 roku właścicielem Glen Moray został francuski potentat na rynku alkoholowym, grupa La Martiniquaise. Obecnie rocznie produkują 5 mln l alkoholu. Gigantyczne kadzie fermentacyjne, a jest ich 14, usytuowane są na zewnątrz. Z jednego zacieru robią ok. 52 tys. l przefermentowanego alkoholu, stalowa kadź zacierna ma pojemność 11 ton. Fermentacja jest dość krótka, trwa 60 godzin, alkohol ma 8,5%. Po przebudowie w 2016 roku alembiki pierwszej destylacji są w innym budynku niż drugiej, nie działają w parach. Te do pierwszej destylacji mają bardzo nietypowy kształt, szyja jest odwrócona do przodu, przed każdym alembikiem jest podwójny kondensator, który nie wpływa wprawdzie na czas destylacji czy moc alkoholu, ale daje oszczędność energii. Wszystko jest sterowane komputerowo, pierwsza destylacja trwa ok. 5 godzin i daje alkohol o mocy ok. 25%. Nowe alembiki powstały we Frili, sprowadzono je z Włoch. W drugim budynku jest dziewięć alembików. Sześć Forsyths, z czego trzy kiedyś działały jako wash stills w parach ze spirit stills. Przerobiono je na spirit stills, dodano jeszcze trzy włoskie, więc teraz serce destylarni wyposażone jest w aparaty o różnej pojemności, różnych kształtów. Moc alkoholu po drugiej destylacji to 72%. Firma dysponuje też starą kadzią zacierną i pięcioma starymi kadziami fermentacyjnymi. Być może będą w przyszłości wykorzystywane do eksperymentalnych edycji. Planowane jest dodanie jeszcze dwóch alembików i zwiększenie produkcji nawet do 9 mln l (przed inwestycją La Martiniquaise moce produkcyjne wynosiły 2,2 mln l rocznie). Glen Moray ma obecnie 12 magazynów, w których leżakuje whisky w ok. 140 tys. beczek. Visitors center rocznie odwiedza ok. 24 tys. osób. Na miejscu można spróbować kilku specjalnych edycji whisky, które pokazują potencjał destylarni (np.: Glen Moray 1998 PX Finish, Glen Moray 2010 Peated PX Finish czy Glen Moray 120th Aniversary Edition).

19 września 2018 o godz. 09:19

Kartka ze Speyside – Glenury Royal

_DSC8659

Już nieistniejąca destylarnia whisky z Highlands, pojedyncze butelki jeszcze można dostać, np. czterdziestoletnia Glenury Royal wydestylowana w 1970 roku. Powstała w 1825 roku i – jak piszą kronikarze – od początku była pechowa. Kilka tygodni po jej uruchomieniu wybuchł pożar, który zniszczył ja niemal doszczętnie. Zdarzył się też nieszczęśliwy wypadek, jeden z robotników zginął podczas pracy, wpadł do kadzi. Założył ją w Stoneheaven kapitan Robert Barclay Allardice, ciekawa postać – parlamentarzysta, biegacz i bokser. Była to jedna z trzech destylarni, którym król Wilhelm IV pozwolił posługiwać się w nazwie określeniem „królewska” (Royal). Kolejnymi właścicielami Glenury byli: William Richie (w latach 1857-1928), spółka Glenury Distillery Co. (1936-1938), Associated Scottish Distillers (1938-1940), American National Distillers (1940-1953) oraz Distillers Company Limited (od 1953 roku do końca). Miała okresy przestoju, np. w latach 1852-1858 czy 1940-1945. Destylarnię zamknięto w 1983 roku, częściowo wyburzono, częściowo przebudowano, dziś w jej miejscu stoi osiedle mieszkaniowe.

18 września 2018 o godz. 08:54

Kartka ze Speyside – Auchinblae

_DSC8646

Niewiele wiadomo o destylarni whisky Auchinblae, ulokowanej przy Burn Street w Auchenblae (Aberdeenshire). Powstała w 1895 roku w miejscu młyna Den Mill, starszego o sto lat. Zapewne już wcześniej pędzono tu alkohol, ale bez licencji. Przebudowę młyna i pagodę słodowni projektował słynny architekt tamtych czasów, Charles C. Doig. Należała do lokalnej spółki kapitałowej Auchinblae Distillery Company Ltd. Jak ustalił Brian Townsend, autor znakomitej książki „Scotch Missed”, była wyposażona w cztery kadzie fermentacyjne o pojemności 6000 galonów każda oraz jedna parę alembików (wash still miała 1500 galonów, spirit still wiadomo tylko, że była mniejsza. Pierwszy jej menadżer wcześniej pracował w Ord Distillery. W 1916 roku przejęta przez spółkę Macdonald Greenlees, która miała też pobliską destylarnię Stronachie.

17 września 2018 o godz. 08:14

Kartka ze Speyside – wizyta w Fettercairn

_DSC8621

Fettercairn to destylarnia z Higlands, powstała w 1824 roku, założona przez Sir Alexandra Ramsaya, który był jej właścicielem zaledwie przez sześć lat. Z powodu długów odsprzedał ją wraz z posiadłością ziemską Fasque Estate kupcowi Johnowi Gladstone. Przebudowana po pożarze w 1887 roku. W latach 1926-1939 zamknięta. Jej pracę wznowił nowy właściciel, kilkakrotnie zresztą się zmienił w następnych latach, aż w 1974 roku przejęła ją spółka Whyte & Mackay, która zarządza do dziś marką i zasobami whisky, wykorzystując znakomitą część produkcji Fettercairn do swoich blendów. W latach 60. XX wieku zaprzestano samodzielnego słodowania jęczmienia. W 1966 roku podwojono moce produkcyjne – z dwóch do czterech alembików. Aparaty do pierwszej destylacji wash stills mają pojemność po 17274 l, a spirit still jeden ma 13638 l, drugi – 11819 l. Spirytus odbierany jest z mocą 68%, do beczek trafia z mocą 63,5%, druga destylacja trwa sześć godzin. Kadź zacierna ma pojemność 5 ton, robią 24 zaciery tygodniowo. Jako jedni z nielicznych w Szkocji używają karmelizowanego słodu do niektórych edycji whisky. Jest tu jedenaście kadzi fermentacyjnych z sosny oregońskiej o pojemności po 25 tys. l każda. Fermentacja jest dość szybka, trwa 52-55 godzin. W 1989 roku otwarto centrum dla odwiedzających. Mają 13 magazynów, a w nich ok. 40 tys. beczek. Beczki po bourbonie wykorzystywane są tylko raz, potem są odsprzedawane, używają też m.in. beczek po sherry, porto czy po bordoskich winach.

16 września 2018 o godz. 20:33

Róbrege dla Brylewskiego

41556897_2151483198255546_9036314992659398656_o

29 września odbędzie się koncert pod hasłem Róbrege, dedykowany pamięci Roberta Brylewskiego. Wystąpią: Paweł Sky & nowy+eren 101% improwizacji, Ziggie Piggie & goście, Armia, Maleo Reggae Rockers & goście, Izrael & goście, Joint Venture Sound System gra Brylewskiego. Impreza odbędzie się w namiocie pod Pałacem Kultury i Nauki (od strony ul. Świętokrzyskiej).Wstęp – 30 zł, start – godz. 17.00.

16 września 2018 o godz. 09:00

Kartka ze Speyside – Royal Lochnagar

Royal Lochnagar11

Royal Lochnagar jest pięknie położona, w dolinie rzeki Dee, na tym samym jej brzegu, co królewska letnia rezydencja, zamek Balmoral. Bliskość zamku i królewskich ogrodów sprawia, że destylarnia jest chętnie odwiedzana przez turystów, pomimo tego, że sama whisky nie jest dobrze znana. Marka należy do Diageo. Jest to niewielka destylarnia, o iście królewskim charakterze, co jest podkreślane co chwila podczas wizyty. Niestety, jak we wszystkich destylarniach Diageo, nie wolno podczas zwiedzania robić zdjęć.

15 września 2018 o godz. 09:15

Kartka ze Speyside – Allt-á-Bhainne

_DSC8587

Zbudowana w 1975 roku w Glenrinnes (region Speyside) nowoczesna destylarnia whisky, powstała na potrzeby ówczesnego potentata na światowym rynku alkoholowym – Seagrams, podobnie jak zbudowana dwa lata wcześniej siostrzana gorzelnia Braeval. Koszt uruchomienia destylarni wyniósł 2,7 mln funtów, a w 1989 roku dokonano kolejnych inwestycji, podwajając liczbę alembików do czterech i moce produkcyjne do ok. 4 mln l whisky rocznie. Od 2001 roku jest własnością Pernod Ricard, bezpośrednio zarządza nią Chivas Brothers. W latach 2002-2005 stała zamknięta. Proces produkcji jest do tego stopnia zautomatyzowany, że destylacją może zajmować się tylko jedna osoba. Dziwna nazwa Allt-á-Bhainne to po gaelicku „Palone mleko”. Ta mało znana koneserom single malt whisky destylarnia od początku działa głównie na potrzeby zestawiania blendów Chivas Regal. Co ciekawe, dysponuje bardzo niewielkim magazynem do składowania whisky, dlatego część jej produkcji – głównie ta oferowana jako single malt – dojrzewa w magazynach na wyspie Islay, dzięki czemu uzyskują charakterystyczny słony smak. Połowa produkowanej w Allt-á-Bhainne whisky robiona jest z lekko torfowanego (10 ppm) słodu, reszta z nietorfowanego.