13 marca 2013 o godz. 20:29

Badania czytelnictwa Biblioteki Narodowej

Cywilizacja bez książki
/wp-content/uploads/2013/03/czytelnictwo-2013-4

„Ludzie formalnie wysoko wykształceni w sensie kulturowym już niekoniecznie są inteligentami. 34 proc. Polaków z wykształceniem wyższym nie przeczytało w ciągu ostatniego roku żadnej książki, 20 proc. w ciągu ostatniego miesiąca nie przeczytało tekstu o objętości trzech stron lub dłuższego artykułu w prasie, 17 proc.  nie przypomina sobie, żeby w ciągu ostatniego roku czytało jakąkolwiek prasę” – do tak zatrważających wniosków dochodzą w swoim komentarzu do badań Biblioteki Narodowej Roman Chymkowski we współpracy z Izabelą Koryś i Olgą Dawidowicz-Chymkowską, analizując ostatnie dane dotyczące czytelnictwa w Polsce.
„Przyjmując, że ilościową miarą bycia rzeczywistym czytelnikiem jest deklaracja przeczytania siedmiu lub więcej książek w ciągu roku, należy podtrzymać twierdzenie sprzed dwóch lat o stabilności tej kategorii społecznej (kilkuprocentowe wahania głównego wskaźnika czytelnictwa w trzech ostatnich badaniach wynikają z odpowiedzi, jakich udzielali czytelnicy sporadyczni). W 2012 roku osób, które można uznać za rzeczywistych czytelników, było 11 proc. Warto przypomnieć, że w ciągu dekady 1994-2004 odsetek takich osób wynosił 22-24 proc. i to właśnie spadek do obecnego poziomu, jaki dokonał się pomiędzy 2004 a 2008 rokiem, należy uznać za najważniejszą zmianę w postawach Polaków wobec czytania książek” – alarmują autorzy komentarza do badania.

39 proc. Polaków czyta incydentalnie, reszta wcaleZ badań wynika, że w 2012 roku incydentalny kontakt z książką zadeklarowało 39 proc. Polaków, a książka jest tu rozumiana zarówno jako beletrystyka, jak i jako encyklopedia czy e-book (przy czym autorzy komentarza nie wyjaśniają, czy np. hasła w Wikipedii również traktowane są w badaniu jako kontakt z książką; swoją drogą sam nie wiem jak należy traktować Wikipedię). Badania wskazują na 5 proc. spadku czytelnictwa książek w stosunku do 2010 roku i jeden procent więcej niż w katastrofalnym – w świetle tych analiz – 2008 roku.
Pisałem wielokrotnie, że można mieć zastrzeżenie do jakości tych badań (szczególnie w 2008 roku), co niesłychanie utrudnia tego typu porównania w czasie, nie mniej bardzo zły stan czytelnictwa w ostatnim okresie jest wyraźnie widoczny, znajduje też potwierdzenie w danych z rynku wydawniczego i księgarskiego, który w okresie 2011-2012 notował spadki. Trudno też nie przyznać racji autorom komentarza, których wymowę dobrze oddają śródtytuły raportu: „Czytelnictwo ustabilizowało się na niskim poziomie”, „Starsi dają zły przykład”, „Młodzi niedoczytani” czy „Czytają dzieci rodziców wykształconych”.

Nie grozi nam analfabetyzmPrzy czym mitem jest, że dawni czytelnicy książek papierowych, obecnie czytają e-booki. „Tylko 2 proc. osób nieczytających w 2012 roku kiedykolwiek czytało e-booka. Korzystanie z e-booków charakteryzuje przede wszystkim tych, którzy czytają siedem i więcej książek w ciągu roku, wśród nich aż 20 proc. przynajmniej raz miało w przeszłości do czynienia z książka elektroniczną” – czytamy w analizie badań. Jednocześnie jednak kompetencje czytelnicze Polaków wcale się nie zmniejszają, nie grozi nam wtórny analfabetyzm, jak próbują straszyć media, następuje zwyczajnie odwrót od książki jako zapisu linearnego, a więc przedefiniowanie czytelniczego uczestnictwa w kulturze. Przedefiniowanie moim, ale też autorów badań zdaniem, szalenie niebezpieczne. Pod znakiem zapytania stoi przyszłość fabuły (warto w następnych badaniach takie pytanie sformułować wprost), w szczególności powieści, ale zapewne też reportażu i eseistyki – jako dłuższych form wypowiedzi. W świetle badań w 2012 roku aż o 6 proc. wzrosła liczba osób, które zadeklarowały, że w ciągu ostatniego miesiąca przeczytały tekst o długości co najmniej trzech stron (nie ważne czy w książce, gazecie czy w internecie). Pomijając wspomniane już wątpliwości dotyczące porównywalności badań, to znów wnioski są absolutnie słuszne. Autorzy raportu podsumowują: „zwiększanie się liczby ludzi, którzy mają wystarczające kompetencje i motywację, aby obcować ze stosunkowo długimi tekstami, a jednocześnie unikają lektury książek, wydaje się szczególnie dobitnie świadczyć o malejącej roli tych ostatnich w całości współczesnych praktyk czytelniczych. Można dodać, że ta reorientacja na inne niż czytanie książek formy obcowania z tekstem, dotyczy także tych kategorii respondentów, w przypadku których spadek zainteresowania książkami w ostatnim czasie zaznaczył się szczególnie silnie – nastolatków oraz osób z wykształceniem wyższym. Warto zauważyć, że najmłodsi czytelnicy wykazują tendencję do tego, by nie czytać książek w całości. Z jednej strony wynika to zapewne ze sposobu nauczania języka polskiego, z drugiej wiąże się z dostępnością bardziej syntetycznych form tekstowych – wpisów na blogach czy portalach społecznościowych – które łatwiej i lepiej zaspokajają pewien repertuar potrzeb czytelniczych niż na przykład narracja powieściowa”. Wydaje się, że tendencja ta będzie się nasilać i prawdopodobnie już dotyczy także innych niż literatura mediów, w tym takich jak film czy nawet muzyka. Natychmiastowy dostęp do wszelkich treści, łatwość skakania z leksji do leksji (fragmentów tekstów połączonych hiperlinkiem), ale i łatwość przeskakiwania pomiędzy formami przekazu, w tym przewijania cyfrowych fragmentów muzyki i obrazu – wszystko to sprawia, że obecnie obcowanie z kulturą (mediami) bardziej przypomina skakanie pilotem po kanałach telewizyjnych niż uczestnictwo w przekazie w skupieniu, że o żmudnym czytaniu książki nie wspomnę. Konsument z zadowoleniem przyjmuje wielomedialną papkę, na ogół bez skupienia, a już z pewnością bez skupienia należnego lekturze fabuły czy eseistyki. Wystarczy wejść na YouTube i zobaczyć jak pocięte są filmy fabularne – na fragmenty, które mają po 7-8 minut, żeby przekonać się, że czeka nas kultura poćwiartowana, wyzbyta z pierwotnej intencji twórcy. Przynajmniej dawnej intencji, bo twórcy będą musieli szukać nowych form ekspresji, przystosowanych do oczekiwań i percepcji widza / czytelnika. Te badania czytelnictwa, jak i wiele innych badan przeprowadzanych w ostatnich latach w Europie Zachodniej, dowodzą, że kończy się pewna forma uczestnictwa w kulturze – oparta na linearnym przekazie od twórcy do odbiorcy. Odbiorca aspiruje do miana co najmniej (współ)twórcy, a jego potrzeba nie tylko zaburza, wręcz niszczy dotychczasowy linearny przekaz. Nie wiemy jak w tej rzeczywistości odnajdzie się dawny przemysł wydawniczy (producencki, nagraniowy, filmowy etc)?, czy znajdzie się miejsce dla księgarń?, jaka rola przypadnie bibliotekom?, pewne jest natomiast, że twórcy formę nowej komunikacji wypracują. Tylko, że jej otwarty charakter z jednej strony może eliminować jakiegokolwiek pośrednika, z drugiej – rodzi obawy o jakość produkowanych treści. Czy w ogóle uda się zachować jakiekolwiek sito – choćby w postaci redaktora i korektora (pozostając w świecie tekstu)? Mam co do tego obawy, a z drugiej trony – nie wyobrażam sobie, żeby kultura wysoka bez takiego sita mogła się rozwijać. To samo dotyczy oczywiście prasy. Sztandarowy przykład Wikipedii, jako udanego przedsięwzięcia nowej kultury opartej na entuzjazmie amatorów, jest być może budujący, ale pamiętajmy, że wciąż osamotniony. Ani jedno dzieło, które powstało w internecie, nie tylko nie dostało literackiej nagrody Nobla, ale na dobrą sprawę ani jedno w ogóle nie zwróciło uwagi jakichkolwiek opiniotwórczych gremiów, przy czym nie wydaje mi się, żeby powodem był konserwatyzm krytyków. Po prostu wysokiej jakości treści wciąż powstają z udziałem redaktora, korektora, dobrego tłumacza.

Czytanie czytaniu nie równeWarto tu przytoczyć niezwykle ciekawy fragment analizy zatytułowany „Są dwa różne sposoby czytania”. Autorzy raportu piszą: „Jak dowodzą eksperymentalne badania laboratoryjne przeprowadzone przez BN we współpracy Ośrodkiem Przetwarzania Informacji, czytanie tekstu linearnego i hipertekstu to dwie bardzo różne sytuacje, przy czym owe różnice dotyczą nie tylko fizjologicznego aspektu czytania (sakady i fiksacje gałki ocznej), ale także procesów poznawczych zachodzących w umyśle człowieka czy wielkości angażowanej w czytanie pamięci operacyjnej. Badania te pokazały również, jak typowe dla sposobu organizacji wielu serwisów internetowych środki osłabiają koncentrację na lekturze linearnych komunikatów pisanych. Krok dalej – w ślad za intuicjami wyrażonymi w pracach amerykańskich uczonych – pozwalają wykonać badania jakościowe przeprowadzone przez BN we współpracy z Grupą IQS w listopadzie 2012 roku. Uzyskane na drodze wywiadów narracyjnych autorozpoznania wysoko wykształconych czytelników świadczą o tym, że codzienne obcowanie z komunikatami zorganizowanymi w formie krótkich wypowiedzi hipertekstowych, którym towarzyszą materiały audiowizualne, formatuje umysły ich użytkowników w taki sposób, że coraz trudniej jest im skupić się na lekturze stosunkowo długiego linearnego tekstu. Być może to właśnie stałe podleganie oddziaływaniu elektronicznych form komunikacji tekstowej – obok specyfiki współczesnej dydaktyki języka polskiego – wyjaśnia, dlaczego najmłodsi badani szczególnie często przyznają się do czytania jedynie fragmentów książek. Wypowiedzi badanych wskazują na to, że w świadomości społecznej wyraźnie zarysowują się dwa pojęcia czytania. Z jednej strony jest to, które odnosi się do czynności będącej dobrowolnym czytaniem w czasie wolnym drukowanego kodeksu zawierającego prozę literacką lub popularnonaukową. Z drugiej strony jest wymuszone czynnikami zewnętrznymi czytanie użytkowe. Te dwa rodzaje czytania badani bardzo wyraźnie różnicują. Czytanie użytkowe w coraz większym stopniu wydaje się być związane z krótkimi formami tekstowymi dostępnymi w internecie użytkowanym za pomocą wielorakich urządzeń – komputerów stacjonarnych i przenośnych, tabletów czy smartfonów. Czytanie w sensie bardziej tradycyjnym jest praktyką bycia gdzie indziej, oderwania – przynajmniej do pewnego stopnia – od przymusów doraźnej bezpośredniości codziennych obowiązków; z tego punktu widzenia lektura tego rodzaju przedstawia się jako praktyka ekskluzywna właściwa tym, którzy nie tylko posiadają dostateczne kompetencje kulturowe, ale także dysponują czasem niepoddanym segmentacji na krótkie odcinki”. 

Dbać o czytającą mniejszośćTo są rozważania tylko częściowo obok wyników badań czytelnictwa. Badania Biblioteki Narodowej nie pokazują bowiem, że mamy durne społeczeństwo, które nie czyta książek, raczej wynika z nich, że jesteśmy świadkami cywilizacyjnej zmiany. Ludzie już nie będą czytać więcej niż dotychczas, dawne czasy nie wrócą. Tym bardziej dbać należy o tę grupę, która jeszcze chce czytać! Rolą wydawcy, księgarza, bibliotekarza, dziennikarza w najbliższych latach będzie „dopieszczanie” tej czytającej mniejszości. Jak najpilniej trzeba też zmienić programy nauczania w szkole, tak by w maksymalny sposób pobudzały zainteresowanie czytaniem w formie tradycyjnej, nie czytanie fragmentaryczne. Kultura pokawałkowana, napisałbym, że okaleczona, czeka nas nieuchronnie, ale oby okres przejściowy trwał na tyle długo, byśmy zdążyli znaleźć takie formy dbałości o przekaz, które nowej kulturze zapewnią porównywalnie wysoką jakość.
O kogo zatem należy dbać? Badania częściowo dają na to odpowiedź: „Jak zwykle, czytanie książek deklaruje więcej kobiet niż mężczyzn. Bardziej rozbudowane narzędzie pozwoliło także stwierdzić, że kobiety czytają więcej książek i oddają się lekturze z większą częstotliwością niż mężczyźni. Gdy badanych poproszono o wskazanie motywów, dla których sięgnęli po czytaną książkę, kobiety częściej niż mężczyźni wskazywały relaks i rozrywkę, czytelnicy zaś częściej niż czytelniczki preferowali lektury służące ich rozwojowi i poszerzeniu wiedzy o świecie. Poziom czytelnictwa książek rośnie wraz z wykształceniem badanych. Z wyższym wykształceniem szczególnie wyraźnie wiąże się czytelnictwo bardziej systematyczne (od 1 do 6 książek rocznie czyta 30 proc. czytelników ze średnim wykształceniem i 40 proc. – z wyższym, powyżej 6 książek rocznie – tylko 11 proc. badanych ze średnim wykształceniem i 23 proc. z wyższym). Wykształceni respondenci częściej niż przeciętnie czytają dla celów zawodowych (choć i u nich nie zdarza się to często – po książkę z tego powodu sięga 8 proc. czytelników z wyższym wykształceniem i 4 proc. wszystkich czytelników) oraz z chęci poszerzenia wiedzy i dla własnego rozwoju. Ludzie wykształceni także częściej niż przeciętnie wymieniają książki, które przeczytali w całości”. I dalej: „Wiele wskazuje na to, że czytanie książek to zachowanie habitusowe – „dziedziczone” po rodzicach. Wyższe wykształcenie przynajmniej jednego z rodziców silnie koreluje z nawykiem czytania”. Autorzy badania konstatują też, z czym trudno się nie zgodzić, że: „poziom bibliotek w dużym stopniu decyduje o czytelnictwie”.
Do tego dodałbym jeszcze znaczenie rosnącej liczby wartościowych blogów poświęconych literaturze, z ambitnymi omówieniami kontekstów, ale i z bieżącą informacją o tym, co warto czytać i dlaczego warto. Nie bez znaczenia są kampanie społeczne wspierające czytanie dzieciom oraz dofinansowanie profesjonalnych mediów poświęconych kulturze, a z czasem pewnie także dofinansowanie (np. w formie stypendiów) pracy redaktorów i profesjonalnych tłumaczy. Bez świadomej polityki państwa kultura w jej dotychczasowym wymiarze długo nie przetrwa. A będę się upierał, że na nowe formy przekazu społeczeństwo nie jest jeszcze przygotowane, a już na pewno nie są na nie przygotowane media, w tym wydawcy książek i prasy. Rozpoznajmy najpierw nowe formy ekspresji i nowe potrzeby odbiorcy, nauczmy się je zaspokajać na wysokim poziomie, a wówczas dopiero będziemy mogli poddać się rygorowi cywilizacyjnych przemian, które w znacznym stopniu zostały uruchomione (i zainspirowane) przez technologię.

Komentarz dla “Badania czytelnictwa Biblioteki Narodowej

  1. elita

    A ja dzisiaj zwróciłem bibliotece ok. 20 pożyczonych ze trzy tygodnie temu (i przeczytanych) książek. To kurwa wychodzi, że ja jakaś elita kultury jestem… Szkoda tylko, że w kraju tworzonym przez kretynów i półanalfabetów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

18 maja 2018 o godz. 21:29

Kolejny odcinek w Koktajle.tv

Zapraszamy na drugi odcinek z serii Akademia Brandy Pliska z Koktajl.TV. Łukasz Gołębiewski, redaktor naczelny magazynu o alkoholach „Aqua Vitae” opowie jak powinno się pić i podawać koniak, dlaczego w takim kieliszku oraz czy powinno się go podgrzewać. Zapraszamy!

18 maja 2018 o godz. 13:04

Przyjaciel książki

frend2-001

Jak ktoś w dzieciństwie zaprzyjaźni się z książką, to mu tak na resztę życia zostaje.

15 maja 2018 o godz. 12:46

Mocne alkohole w Polsce 2018

OkladkaRMA

Książka „Mocne alkohole w Polsce 2018” to pozycja pionierska, bo choć mieliśmy na rynku różne publikacje w podobnym tonie, czy to własne wydawnictwa ówczesnych Polmosów czy „Almanach wódek polskich”, wszystkie one były kroplą w morzu potrzeb. Co więcej, ograniczały się do swojego „poletka”.

15 maja 2018 o godz. 08:15

Kartka z podróży – Spacerem po Treviso

_DSC6498

Z Włoch wracałem z lotniska Treviso, a że miałem jeszcze kilka godzin do odlotu, więc postanowiłem zrobić spacer po mieście. Przecina je rzeka Sile, wzdłuż jej lewego brzegu ciągną się fragmenty murów starego miasta, w które wbija się systemem fos i kanałów. Tu gdzieś zostawiłem samochód (znalezienie wolnego miejsca do parkowania zajmuje sporo czasu) i ruszyłem w labirynt uliczek.

14 maja 2018 o godz. 08:43

Kartka z podróży – Wizyta w destylarni Castagner

Castagner-010

W małej wiosce Vazzola, u podnóża gór Conegliano, w samym sercu win prosecco, kilkanaście kilometrów od Treviso, swoją ogromną, nowoczesną destylarnię ma rodzina Castagner. Roberto Castagner założył firmę w 1996 roku i bardzo szybko stał się jednym z największych producentów (6 mln l rocznie, ok. 12% udziału w rynku grappy). – Być może dlatego, że nie miałem w rodzinie poprzedników związanych z wytwarzaniem grappy, podszedłem do jej produkcji w sposób innowacyjny. Nie wstydzę się tego, że produkujemy grappę na skalę przemysłową, że nie jesteśmy firmą rzemieślniczą, bo wiem, że nie mielibyśmy tak mocnej pozycji na rynku, gdyby nie przemawiała za nami jakość produktów – mówi Roberto Castagner.

13 maja 2018 o godz. 08:03

Kartka z podróży – Valdobiaddene

_DSC6441

Valdobiaddene, stolica prosecco, miasteczko otoczone wzgórzami i winnicami (ponad 6500 ha upraw w regionie), na każdym wzgórzu kościół, w dole winiarnie, wśród nich m.in. Mionetto, producent najbardziej popularnego w Polsce wina musującego, ale też Altaneve, Masottina i innych – jest tu ponad 3000 winiarzy, którzy rocznie dostarczają na światowe rynki ok. 600 tys. hektolitrów wina. Szlak prosecco ciągnie się przez miasteczko, przez wzgórza, przez winnice. Jak na stolicę wina z bąbelkami miasteczko jest zaskakująco senne, przy rynku jest dobrze zaopatrzony sklep z winem, jest kilka restauracji, wine-bar, ale życie towarzyskie nie koncentruje się w mieście, lecz na otaczających je pagórkach, na winnicach, do których autokary każdego dnia przywożą setki turystów z całego świata. Większość winnic ma parcele, które pozwalają na posługiwanie się oznaczeniem DOCG Prosecco di Conegliano Valdobbiadene lub po prostu DOCG Valdobbiadene Prosecco. Nie wszystkie są winami musującymi, bo w Valdobbiadene z tych samych winogron glera robi się też wina spokojne, w dodatku także z nazwą Prosecco na butelce (z dopiskiem tranquillo). Tańsze butelki robione są w zbiornikach ciśnieniowych, czyli metodą Charmata, droższe metoda tradycyjną, z fermentacją w butelkach. Właściwie każdy liczący się producent stosuje tu obydwie metody. Ze względu na ciśnienie w butelce wina dzielone są na spumante (minimum 3 bary) i frizzante (1-2,5 bara i to jest zdecydowana większość produkcji), a także wspomniane spokojne wina tranquillo. Drugi podział charakteryzuje poziom cukru, od najbardziej wytrawnych brut, przez extra dry, dry i demi sec. Robione zawsze z białych winogron (lub prawie wyłącznie, bo apelacja dopuszcza niewielki udział winogron pinot noir), ale coraz częściej spotykamy różowe prosecco, które nie jest czystym winem, lecz zawiera dodatek soków owocowych.

12 maja 2018 o godz. 08:17

Kartka z podróży – Bassano del Grappa

_DSC6217

Otoczone górami Grappa miasto Bassano jest kolebką włoskiej grappy, tu działa m.in. najstarsza wciąż czynna destylarnia – Blo. Nardini z 1779 roku, jest tu piękne muzeum grappy zorganizowane przez Jacopo Poli, w promieniu kilku kilometrów są jeszcze dwie destylarnie – Poli i Capovilla. Nie od regionalnego trunku, lecz od gór pochodzi drugi człon nazwy miasta, dodany zresztą dopiero w 1928 roku. Krystalicznie czyste źródła spływające ze wzgórz, a także porastające je winnice, niewątpliwie przyczyniły się do tego, że to tu właśnie grappa jest alkoholem absolutnie wyjątkowym.

11 maja 2018 o godz. 08:21

Kartka z podróży – Wizyta w destylarni Poli

Poli-098

Firmę założył w 1898 roku Giobatta Poli, wciąż jest ona w rodzinnych rękach, zarządzana już przez czwarte pokolenie. Firma mieści się w wiosce Schiavon, tuż obok kolebki grappy – miasteczka Bassano del Grappa. Rodzina Poli żyje w tym regoionie od XIV wieku, kiedyś prowadzili tawernę w wiosce Gomarolo, potem przenieśli się do Schiavon, zajmowali się handlem winem i otworzyli mała destylarnię. Na początku XX wieku Giovanni Poli był pierwszym w okolicy właścicielem samochodu i telefonu. Obecnie destylarnia mieści się w tym samym miejscu, w którym powstała, z charakterystycznym kominem z czasów, kiedy alembiki były ogrzewane węglem. Firmą zarządzają Jacopo, Andrea i Barbara Poli. Destylarnia jest otwarta dla zwiedzających, działa też przy niej wspaniale urządzone muzeum grappy. Drugie muzeum grappy rodzina Poli ma w Bassano del Grappa – w XV-wiecznym pałacu (Poli Museo Della Grappa). W obu prezentowane są stare maszyny, książki, butelki, jest to część wielkiej kolekcji Jacopo Poli, który ma także wielką bibliotekę książek o alkoholach, a i sam jest autorem książki o grappie. Wizyty są bezpłatne, a Jacopo Poli często sam oprowadza swoich gości po zakładzie w Schiavon.

10 maja 2018 o godz. 08:34

Kartka z podróży – Wizyta w Capovilla

Capovilla-013

Vittorio Capovilla założył destylarnię w 1986 roku, na przedmieściach Bassano del Grappa. Wcześniej pracował w branży winiarskiej. Swój pierwszy alembik samodzielnie skonstruował w 1975 roku z części, które przewoził z Austrii. Pozwalał na destylację 300 l. Obecnie Capovilla robi 40-50 tys. butelek rocznie, mają też małą destylarnię Marie-Galante na Gwadelupie, gdzie robią rum typu agricole (m.in. marka Rhum Rhum). Mają też 4 ha własnych sadów, poza grappą i brandy w ofercie jest szeroki wybór wysokiej jakości destylatów owocowych, a nawet destylaty z piwa.

9 maja 2018 o godz. 17:03

Koktajle TV o koniaku