27 grudnia 2012 o godz. 19:10

50 twarzy kryzysu, czyli książka A.D. 2012

/wp-content/uploads/2012/12/Wywiad-GW-12

Małgorzata I. Niemczyńska rozmawia z Łukaszem Gołębiewskim o sytuacji na rynku wydawniczym. Wywiad ukazał się 27 grudnia 2012 roku w "Gazecie Wyborczej".

Rok 2011 był dla branży wydawniczej bardzo trudny, m.in. ze względu na wprowadzenie podatku VAT – niższe przychody, redukcja zatrudnienia, spadek efektywności. A jaki był 2012?
– Nie odbiliśmy się od dna, ale też nie było znacząco gorzej. Spadek przychodów ze sprzedaży książek w 2012 roku powinien być minimalny, zapewne 1-2 proc. Pamiętajmy jednak, że to nie jest duży rynek. Wartość rocznej sprzedaży książek, czyli ok. 2,7 mld zł, to zaledwie tyle, ile w 2011 roku wyniosła sprzedaż huty Celsa z Ostrowca Świętokrzyskiego, i mniej, niż wynoszą przychody Spółdzielni Mleczarskiej „Mlekpol” z Grajewa. Wartość wszystkich sprzedanych książek w Polsce to niespełna 3 procent (sic!) przychodu spółki PKN Orlen. Druga połowa roku okazała się zdecydowanie lepsza, m.in. dzięki superbestsellerom – „50 twarzom Greya” i „Trafnemu wyborowi”, czyli pierwszej powieści autorki „Harryego Pottera” dla dorosłych. Bestsellery, których sprzedaż znacznie przekracza 100 tys. egzemplarzy, wpływają na cały rynek, przyciągają ludzi do księgarń. Wciąż aktualne pozostają jednak wszystkie wcześniejsze problemy – zmiany cywilizacyjne, oczekiwania młodego odbiorcy, że treści w sieci powinny być bezpłatne, trudności w znalezieniu modelu biznesowego, który by zastąpił wpływy ze sprzedaży mediów papierowych – nie tylko książek, także gazet. A na to wszystko nakłada się kryzys gospodarczy, cięcia budżetowe w Unii Europejskiej, no i ten nieszczęsny VAT wprowadzony w trudnym momencie, na dokładkę w wysokości 23 proc. na e-booki.
Mijający rok to był czas najgorętszych debat na temat dostępności treści w internecie, jak np. sprawy ACTA czy Chomikuj.pl. Jakie powinniśmy wyciągnąć z nich wnioski dla branży wydawniczej?
– Przede wszystkim nie zamykać się na potrzeby klienta i nie oskarżać młodych ludzi, że są piratami czy złodziejami. Jednocześnie pilnie potrzebny jest model, który pozwoli z jednej strony sprostać oczekiwaniom młodych odbiorców (szybko i najlepiej za darmo), z drugiej będzie chronił interesy finansowe producentów, wydawców i autorów. Takim rozwiązaniem wydaje się abonament, udostępnianie zasobów cyfrowych do dowolnego korzystania w ramach stałych opłat miesięcznych. To jest pomysł, który od lat wcielają w życie nadawcy telewizji kablowych. Nikt się nie zastanawia, ile kosztuje wyprodukowanie jednego reportażu z Afryki w Animal Planet, a jednak każda ze stron dostaje to, czego potrzebuje: widz – tani i łatwo dostępny przekaz, nadawca i producent – wynagrodzenie. Myślę, że systemy abonamentowe na dobre rozgoszczą się już w przyszłym roku i będą dobrą alternatywą dla takich serwisów jak Chomikuj.pl.
A co do samego Chomikuj.pl – od początku byłem za tym, żeby wydawcy wystąpili przeciwko serwisowi z pozwem zbiorowym, bo serwis ten stał się symbolem braku poszanowania praw autorskich, a społeczeństwo musi mieć poczucie, że w państwie prawo jest przestrzegane. Dobrze więc, że ten pozew został złożony.
Firma Legimi, która jako pierwsza próbowała wprowadzić abonamentową sprzedaż e-booków (w cenie 19 zł za miesiąc z dostępem do 5 tys. tytułów), zawiesiła ją po dwóch dniach z powodu protestu wydawców. Gdy usługa „czytaj bez limitu” powróciła po kilku tygodniach, była już uboższa o 3 tys. tytułów!
– W tym przypadku zadecydował, jak sądzę, brak znajomości realiów rynku wydawniczego. Firma Legimi jest bardzo sprawna informatycznie, ale nie uzgodniła nowego systemu sprzedaży z wydawcami, wystartowała niejako bez ich wiedzy i bez aprobaty. Reakcja była nerwowa, bo oto pojawia się zupełnie nowa, nieznana usługa, ale ktoś ją wprowadza tylnymi drzwiami. Legimi nie chciało ujawniać wcześniej projektu, bo chciało być pierwsze; wiadomo – pierwszy zgarnia śmietankę. Wielu wydawców tego nie zaakceptowało. Zamiast start-upu w wielkim stylu był falstart. Ale to nie przekreśla systemów abonamentowych. Zwłaszcza że w ślad za Legimi z własnymi propozycjami zapewne pójdą w przyszłym roku giganci – Agora, operatorzy telefonii komórkowych i inni.
Ale czy da się wprowadzić sprzedaż abonamentową w taki sposób, żeby się opłacała autorom? Gdzie w tym wszystkim jest pisarz?
– Pisarz otrzymuje normalne, wynikające z umowy wynagrodzenie, bo każda udostępniona w abonamencie książka jest rejestrowana przez statystyki pobrań. Obecnie przyjmowany system rozliczeń zakłada wynegocjowaną między wydawcą a operatorem usługi abonamentowej cenę, rozliczaną po potrąceniu marży. Ale czytelnik tej ceny nie zna, tak jak nie za ceny odcinka serialu widz programu w telewizji kablowej. Dzięki temu treści przestają konkurować ceną, wyznacznikiem popytu stają się jakość i skuteczna promocja. To bardzo ciekawy model.
E-booki to przyszłość, więc rozmowa o nich wydaje się dzisiaj szczególnie ważna, ale ich rynek wciąż jednak w Polsce raczkuje. Kiedy to się zmieni?
– Rynek publikacji elektronicznych rozwija się, a mijający rok był przełomowy. Obserwowaliśmy kilka ważnych zjawisk m.in.: niemal powszechną rezygnację z zabezpieczeń DRM, czyli informatycznych ograniczeń w korzystaniu z pliku, na rzecz bardziej przyjaznego dla klienta znaku wodnego, ponaddwukrotne poszerzenie oferty e-booków w języku polskim, start platformy Publio, pierwszą próbę sprzedaży w abonamencie. Sprzedano ponad 100 tys. czytników e-booków oraz około trzech razy tyle tabletów, i to bez okresu gwiazdkowego, za który nie mamy danych. Wydawcy zdają sobie sprawę, że to ich przyszłość, i to już niedługa. Klient znajduje alternatywę dla Chomikuj.pl, ma coraz bogatszą ofertę i wiele promocji. Wartość legalnie sprzedawanych książek w plikach wzrosła w 2012 roku z 23 mln do ok. 55 mln zł. To nie jest jeszcze duży rynek, ale już zauważalny – ok. 2,6 proc. wartości sprzedaży wszystkich książek. A pamiętajmy, że są duże bariery rozwoju – przede wszystkim łatwy dostęp do nielegalnie umieszczanych plików oraz wspomniana już stawka 23 proc. VAT na e-booki. Wciąż liczba pobrań nielegalnych w stosunku do legalnych ma się mniej więcej jak sto do jednego. Być może zatem polski rynek e-booków wart jest już nawet 600 mln zł.
Ale czy rozwój tego rynku może mieć wpływ na czytelnictwo?
– Internet, który jest przecież złożony ze znaków, w ogóle sprawia, że czytamy więcej. Tylko czytanie na ekranie nie jest tym samym, czym czytanie książki, a zwłaszcza fabuły. Trudno dziś prognozować. Wydaje się, że łatwa dostępność tanich (często już za złotówkę) tabletów oraz prognozowany abonament na treści sprawią, że dostęp do książek czy prasy niemal nie będzie ograniczony. Ale czy dzięki temu będziemy więcej czytali? Nie wiem. Oby.
Gdy mowa o badaniach czytelnictwa, w mediach dominuje kasandryczna wizja świata analfabetów. Podawane są statystyki, że ponad połowa Polaków nie czyta. Prawda jest jednak taka, że nigdy dużo nie czytaliśmy – ani w Rzeczypospolitej szlacheckiej, ani w mitologizowanym pod tym względem PRL. I wcale jakoś dramatycznie nie odstajemy od średniej europejskiej. Nie oszukujmy się: może poza Niemcami, Francją, Szwajcarią, Rosją czytanie nie jest ulubioną rozrywką ludzkości. Statystyczny Polak czyta mniej więcej tyle, ile bogaty Belg, nie jest też zatem prawdą, że nie czytamy, bo książki są drogie. To kolejny mit lub łatwa wymówka. Na pewno jednak nie czytamy, bo mamy coraz mniej czasu na to, żeby spędzić czas w ciszy i skupieniu – i to jest ogromna szansa dla e-booków i audiobooków, które mogą być dostępne niemal w dowolnym momencie.
Jak nie być Kasandrą? W chwili, gdy rozmawiamy, ważą się losy Świata Książki w związku z wycofywaniem się z Polski grupy Weltbild. Skoro podobne problemy ma czwarte pod względem wielkości wydawnictwo w kraju, to jak mają sobie radzić małe oficyny?
– To rzeczywiście bardzo niefortunna informacja. Świat Książki wprowadzał w 1994 roku do Polski wysokie standardy edytorskie, był jednym z symboli sukcesów dużego zagranicznego inwestora na naszym rynku książki. Firma popełniła jednak strategiczny błąd, który drogo ją kosztował – opierała swój biznes na drukowanych, bardzo kapitałochłonnych katalogach rozsyłanych do pół miliona czytelników, podczas gdy liczba kupujących spadała z roku na rok. Przychody Świata Książki spadły w latach 2005-10 o 25 proc. Myślę jednak, że decyzja o wycofaniu się właściciela z Polski – najpierw Bertelsmanna, teraz Weltbildu – to nie efekt ogólnej mizerii naszego rynku, ale skutek kryzysu gospodarczego w Europie i strategii wycofywania się z mniej rentownych przedsięwzięć. Niemniej dla rynku to może być decyzja fatalna w skutkach. Jeśli nikt nie przejmie majątku Świata Książki, to miliony egzemplarzy książek z ich magazynów trafią na wyprzedaże, trudno będzie konkurować z wielką podażą ich taniej, wyprzedawanej oferty. A pozostaje pytanie: co z prawami autorskimi? Przecież oni wydawali m.in. Głowackiego, Rylskiego, Pilcha… Czy te prawa zostaną rozproszone, zlicytowane? Co z 40 księgarniami, które prowadziła firma? Mam nadzieję, że ten dorobek nie zostanie roztrwoniony.
Świat Książki obok np. poradników czy popularnych czytadeł wydawał jednak sporo wartościowej literatury. Czy to ma oznaczać koniec takiego profilu wydawniczego?
– Na pewno nie. Może nie być Świata Książki, ale to nie znaczy, że nie będzie wartościowej literatury. Jeśli wspomnianych praw nie przejmie jeden wydawca, książki autorów Świata Książki będą się ukazywać np. w Znaku, Wydawnictwie Literackim czy W.A.B. Przecież to nie był jedyny wydawca wartościowej literatury!
Czy może teraz dojść do przetasowania sił na rynku? Opracowany przez Bibliotekę Analiz ranking wydawnictw pokazuje, że w czołówce właściwie od lat zmienia się niewiele.
– Tak, teraz zapewne dojdzie do zmian, a Weltbild nie będzie jedyną firmą, która wycofa się z polskiego rynku. Wzrastać będzie pozycja wydawnictw edukacyjnych i profesjonalnych, one są najlepiej przygotowane do cyfrowych realiów. Wyraźnie widać wzrost znaczenia firm, które w ostatnich latach zgromadziły duże kapitały, jak Olesiejuk czy Znak – z powodzeniem konkurują one z zagranicznymi potentatami, a nawet ich przeganiają. Co do inwestycji Empiku w wydawnictwa, to nie widzę, by one znacząco rosły. Chyba Empik nie ma wyrazistej strategii ich wzrostu. Natomiast co innego, gdyby Empik przejął aktywa po Świecie Książki – wtedy stałby się hegemonem, a to by nie było dla rynku bezpieczne.
Jakie jeszcze zmiany może przynieść rok 2013?
– Nie jestem optymistą. To może być bardzo trudny rok. Alternatywa między książką papierową a cyfrową będzie sprawiać, że ta pierwsza będzie coraz droższa, a ta druga coraz powszechniej używana, choć być może coraz mniej czytana, bo treści cyfrowe przywykliśmy traktować w sposób użytkowy. Według mnie wartość rynku spadnie z co najmniej czterech powodów: kryzys w Unii Europejskiej i znacznie mniej subwencji (pamiętajmy, że np. niskie ceny druku w Polsce zawdzięczamy w ostatnich latach w dużym stopniu dotacjom z UE, jakie dostały zakłady poligraficzne), po drugie – bardzo duża podaż tanich książek, po trzecie – zmiany ogólnocywilizacyjne, czyli cyfryzacja, po czwarte – niż demograficzny. Wszystko to są negatywne czynniki od wydawców niezależne. Co mogą zrobić wydawcy, żeby odwrócić zły trend? Wylansować nowego „Harryego Pottera”, czyli całkiem serio – budować modę na czytanie wśród młodych. To się w ostatnich latach nieźle udawało, po „Potterze” przyszła saga „Zmierzch”, na pewno wcześniej czy później pojawi się kolejny supercykl dla nastolatków. A dorośli w 2013 roku chyba śmielej sięgać będą po erotykę – po sukcesie „50 twarzy Greya” wydawcy szykują prawdziwy wysyp literatury mniej lub bardziej erotycznej. Jako pisarza, autora kilku skandalizujących powieści, bynajmniej mnie to nie martwi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

23 września 2018 o godz. 08:57

Kartka ze Speyside – Heilan coo

SONY DSC

Szkoci mówią na nie Heilan coo, cudzoziemcy Hippie cow. Mają długą grzywkę i leniwe miny. Nie dają zbyt dobrego mleka. Hoduje się je na mięso. Szkoda, bo miło wyglądają jak są żywe. Potem już mniej miło. Przywędrowały z Hebrydów. Wzmianki o nich pochodzą już z VI wieku. W czarnej wersji nazywają się w Szkocji Kyloe i jedna taka czarna krowa z grzywką znajdzie się na okładce najbliższego numeru „Aqua Vitae”.

22 września 2018 o godz. 09:42

Kartka ze Speyside – Dunnottar Castle

Dunnottar Castle (37)

Kiedy spytać Szkota, dlaczego nie czuje pokrewieństwa z Irlandczykami, choć to podobna kultura, podobny język i podobne zamiłowanie do spokojnego wiejskiego życia ze szklaneczką whisky, odpowie, że z Irlandczykiem w ogóle nic go nie łączy, bo oni są celtami, a Szkoci to piktowie. Dla mnie tyle samo w tym sensu, co w stwierdzeniu, że nic mnie nie łączy z ludźmi z południa Polski, bo oni to Wiślanie, a my to Polanie. Ale tak całkiem serio, kulturowa tożsamość w Szkocji i Irlandii jest bardzo wysoka, a nawiązania do kultury piktów i celtów są jej częścią.

21 września 2018 o godz. 09:24

Kartka ze Speyside – Benromach

_DSC8756

Niewielka szkocka gorzelnia whisky, działająca w regionie Speyside, w miasteczku Forres od 1898 roku. Wielokrotnie zmieniała właścicieli, a w latach 1983-1998 stała zamknięta. Obecnie jest własnością Gordon & MacPhail. Używają głównie torfowanego jęczmienia, o poziomie natorfienia 12 ppm i 47 ppm, a także nietorfowanego jęczmienia organic. Kadź zacierna ma pojemność 1,5 tony. Mają 13 kadzi fermentacyjnych z sosny oregońskiej, stosują dwa rodzaje fermentacji – krótsza trwa 62-67 godzin, wydłużona – 110 godzin, stosują drożdże browarnicze. Alembik pierwszej destylacji ma pojemność 7500 l, drugiej destylacji – 4250 l. Alembiki Forsyths z zewnętrznym kondensatorem. Odbierają alkohol o mocy 70%, przed wlaniem do beczek obniżają moc do 63,5%. Cały proces produkcji jest sterowany ręcznie. Rocznie produkują ok. 700 tys. l alkoholu. Destylarnia ma w swoich magazynach ok. 18 tys. beczek. Używają tylko beczek first fill po bourbonie, poza tym beczek po sherry z bodegi Williams & Humbert, a do whisky z jęczmienia organic – dziewiczych beczek z białego dębu z Missouri. W 2018 roku uruchomili osobną mikro-destylarnię, w której produkują gin Red Door.

20 września 2018 o godz. 08:37

Kartka ze Speyside – Glen Moray

SONY DSC

Glen Moray to ogromna destylarnia whisky ze Speyside, powstała w 1897 nad brzegiem rzeki Lossie, na przedmieściach Elgin, w ostatnich latach całkowicie przebudowana do przemysłowych rozmiarów. Wcześniej, od 1828 roku, w tym samym miejscu działał browar West Brewery. Zaczynali z jedną parą alembików, które zrobiono z przebudowanych kadzi warzelniczych. Te stare alembiki przepadły w pożarze. Kilkakrotnie zamykana, kilkakrotnie też zmieniała właścicieli. W 1920 roku przejęta przez spółkę Macdonald & Muir (ówczesnego właściciela Glenmorangie). Przebudowana w 1958 roku, w 1979 roku wprowadzono dwa nowe alembiki. Pod koniec lat 70. zaprzestano własnego słodowania. W 2008 roku właścicielem Glen Moray został francuski potentat na rynku alkoholowym, grupa La Martiniquaise. Obecnie rocznie produkują 5 mln l alkoholu. Gigantyczne kadzie fermentacyjne, a jest ich 14, usytuowane są na zewnątrz. Z jednego zacieru robią ok. 52 tys. l przefermentowanego alkoholu, stalowa kadź zacierna ma pojemność 11 ton. Fermentacja jest dość krótka, trwa 60 godzin, alkohol ma 8,5%. Po przebudowie w 2016 roku alembiki pierwszej destylacji są w innym budynku niż drugiej, nie działają w parach. Te do pierwszej destylacji mają bardzo nietypowy kształt, szyja jest odwrócona do przodu, przed każdym alembikiem jest podwójny kondensator, który nie wpływa wprawdzie na czas destylacji czy moc alkoholu, ale daje oszczędność energii. Wszystko jest sterowane komputerowo, pierwsza destylacja trwa ok. 5 godzin i daje alkohol o mocy ok. 25%. Nowe alembiki powstały we Frili, sprowadzono je z Włoch. W drugim budynku jest dziewięć alembików. Sześć Forsyths, z czego trzy kiedyś działały jako wash stills w parach ze spirit stills. Przerobiono je na spirit stills, dodano jeszcze trzy włoskie, więc teraz serce destylarni wyposażone jest w aparaty o różnej pojemności, różnych kształtów. Moc alkoholu po drugiej destylacji to 72%. Firma dysponuje też starą kadzią zacierną i pięcioma starymi kadziami fermentacyjnymi. Być może będą w przyszłości wykorzystywane do eksperymentalnych edycji. Planowane jest dodanie jeszcze dwóch alembików i zwiększenie produkcji nawet do 9 mln l (przed inwestycją La Martiniquaise moce produkcyjne wynosiły 2,2 mln l rocznie). Glen Moray ma obecnie 12 magazynów, w których leżakuje whisky w ok. 140 tys. beczek. Visitors center rocznie odwiedza ok. 24 tys. osób. Na miejscu można spróbować kilku specjalnych edycji whisky, które pokazują potencjał destylarni (np.: Glen Moray 1998 PX Finish, Glen Moray 2010 Peated PX Finish czy Glen Moray 120th Aniversary Edition).

19 września 2018 o godz. 09:19

Kartka ze Speyside – Glenury Royal

_DSC8659

Już nieistniejąca destylarnia whisky z Highlands, pojedyncze butelki jeszcze można dostać, np. czterdziestoletnia Glenury Royal wydestylowana w 1970 roku. Powstała w 1825 roku i – jak piszą kronikarze – od początku była pechowa. Kilka tygodni po jej uruchomieniu wybuchł pożar, który zniszczył ja niemal doszczętnie. Zdarzył się też nieszczęśliwy wypadek, jeden z robotników zginął podczas pracy, wpadł do kadzi. Założył ją w Stoneheaven kapitan Robert Barclay Allardice, ciekawa postać – parlamentarzysta, biegacz i bokser. Była to jedna z trzech destylarni, którym król Wilhelm IV pozwolił posługiwać się w nazwie określeniem „królewska” (Royal). Kolejnymi właścicielami Glenury byli: William Richie (w latach 1857-1928), spółka Glenury Distillery Co. (1936-1938), Associated Scottish Distillers (1938-1940), American National Distillers (1940-1953) oraz Distillers Company Limited (od 1953 roku do końca). Miała okresy przestoju, np. w latach 1852-1858 czy 1940-1945. Destylarnię zamknięto w 1983 roku, częściowo wyburzono, częściowo przebudowano, dziś w jej miejscu stoi osiedle mieszkaniowe.

18 września 2018 o godz. 08:54

Kartka ze Speyside – Auchinblae

_DSC8646

Niewiele wiadomo o destylarni whisky Auchinblae, ulokowanej przy Burn Street w Auchenblae (Aberdeenshire). Powstała w 1895 roku w miejscu młyna Den Mill, starszego o sto lat. Zapewne już wcześniej pędzono tu alkohol, ale bez licencji. Przebudowę młyna i pagodę słodowni projektował słynny architekt tamtych czasów, Charles C. Doig. Należała do lokalnej spółki kapitałowej Auchinblae Distillery Company Ltd. Jak ustalił Brian Townsend, autor znakomitej książki „Scotch Missed”, była wyposażona w cztery kadzie fermentacyjne o pojemności 6000 galonów każda oraz jedna parę alembików (wash still miała 1500 galonów, spirit still wiadomo tylko, że była mniejsza. Pierwszy jej menadżer wcześniej pracował w Ord Distillery. W 1916 roku przejęta przez spółkę Macdonald Greenlees, która miała też pobliską destylarnię Stronachie.

17 września 2018 o godz. 08:14

Kartka ze Speyside – wizyta w Fettercairn

_DSC8621

Fettercairn to destylarnia z Higlands, powstała w 1824 roku, założona przez Sir Alexandra Ramsaya, który był jej właścicielem zaledwie przez sześć lat. Z powodu długów odsprzedał ją wraz z posiadłością ziemską Fasque Estate kupcowi Johnowi Gladstone. Przebudowana po pożarze w 1887 roku. W latach 1926-1939 zamknięta. Jej pracę wznowił nowy właściciel, kilkakrotnie zresztą się zmienił w następnych latach, aż w 1974 roku przejęła ją spółka Whyte & Mackay, która zarządza do dziś marką i zasobami whisky, wykorzystując znakomitą część produkcji Fettercairn do swoich blendów. W latach 60. XX wieku zaprzestano samodzielnego słodowania jęczmienia. W 1966 roku podwojono moce produkcyjne – z dwóch do czterech alembików. Aparaty do pierwszej destylacji wash stills mają pojemność po 17274 l, a spirit still jeden ma 13638 l, drugi – 11819 l. Spirytus odbierany jest z mocą 68%, do beczek trafia z mocą 63,5%, druga destylacja trwa sześć godzin. Kadź zacierna ma pojemność 5 ton, robią 24 zaciery tygodniowo. Jako jedni z nielicznych w Szkocji używają karmelizowanego słodu do niektórych edycji whisky. Jest tu jedenaście kadzi fermentacyjnych z sosny oregońskiej o pojemności po 25 tys. l każda. Fermentacja jest dość szybka, trwa 52-55 godzin. W 1989 roku otwarto centrum dla odwiedzających. Mają 13 magazynów, a w nich ok. 40 tys. beczek. Beczki po bourbonie wykorzystywane są tylko raz, potem są odsprzedawane, używają też m.in. beczek po sherry, porto czy po bordoskich winach.

16 września 2018 o godz. 20:33

Róbrege dla Brylewskiego

41556897_2151483198255546_9036314992659398656_o

29 września odbędzie się koncert pod hasłem Róbrege, dedykowany pamięci Roberta Brylewskiego. Wystąpią: Paweł Sky & nowy+eren 101% improwizacji, Ziggie Piggie & goście, Armia, Maleo Reggae Rockers & goście, Izrael & goście, Joint Venture Sound System gra Brylewskiego. Impreza odbędzie się w namiocie pod Pałacem Kultury i Nauki (od strony ul. Świętokrzyskiej).Wstęp – 30 zł, start – godz. 17.00.

16 września 2018 o godz. 09:00

Kartka ze Speyside – Royal Lochnagar

Royal Lochnagar11

Royal Lochnagar jest pięknie położona, w dolinie rzeki Dee, na tym samym jej brzegu, co królewska letnia rezydencja, zamek Balmoral. Bliskość zamku i królewskich ogrodów sprawia, że destylarnia jest chętnie odwiedzana przez turystów, pomimo tego, że sama whisky nie jest dobrze znana. Marka należy do Diageo. Jest to niewielka destylarnia, o iście królewskim charakterze, co jest podkreślane co chwila podczas wizyty. Niestety, jak we wszystkich destylarniach Diageo, nie wolno podczas zwiedzania robić zdjęć.

15 września 2018 o godz. 09:15

Kartka ze Speyside – Allt-á-Bhainne

_DSC8587

Zbudowana w 1975 roku w Glenrinnes (region Speyside) nowoczesna destylarnia whisky, powstała na potrzeby ówczesnego potentata na światowym rynku alkoholowym – Seagrams, podobnie jak zbudowana dwa lata wcześniej siostrzana gorzelnia Braeval. Koszt uruchomienia destylarni wyniósł 2,7 mln funtów, a w 1989 roku dokonano kolejnych inwestycji, podwajając liczbę alembików do czterech i moce produkcyjne do ok. 4 mln l whisky rocznie. Od 2001 roku jest własnością Pernod Ricard, bezpośrednio zarządza nią Chivas Brothers. W latach 2002-2005 stała zamknięta. Proces produkcji jest do tego stopnia zautomatyzowany, że destylacją może zajmować się tylko jedna osoba. Dziwna nazwa Allt-á-Bhainne to po gaelicku „Palone mleko”. Ta mało znana koneserom single malt whisky destylarnia od początku działa głównie na potrzeby zestawiania blendów Chivas Regal. Co ciekawe, dysponuje bardzo niewielkim magazynem do składowania whisky, dlatego część jej produkcji – głównie ta oferowana jako single malt – dojrzewa w magazynach na wyspie Islay, dzięki czemu uzyskują charakterystyczny słony smak. Połowa produkowanej w Allt-á-Bhainne whisky robiona jest z lekko torfowanego (10 ppm) słodu, reszta z nietorfowanego.