15 grudnia 2018 o godz. 22:35

3M: Miasto, mafia & miłość

3M
Fragment nowej powieści.

Wstałem z poczuciem, że jestem spóźniony. I z bólem głowy. Zerknąłem na zegarek, ósma rano, wcześnie, Piszczuś patrzy zdziwiony, dlaczego tak rano się budzę? Nie wiem, Piszczusiu, to jakieś wewnętrzne niepokoje.
Dałem kotom jeść, wziąłem zimny prysznic, wyszedłem. Bez celu. Zjadłem śniadanie w barze, ciepła bułka z serem i salami, do tego cola z lodem. Niezdrowo, ale kto myśli o zdrowiu, kiedy wokół tyle śmierci?
Czarny mercedes zahamował z piskiem, omal nie dostałem zawału.
– Wsiadaj – Wilczyca uśmiechała się pogodnie. – Jesteś mi potrzebny.
Odetchnąłem z ulgą i ulokowałem się na tylnym siedzeniu. Mam taki nawyk, że zawsze siadam z tyłu, jak do taksówki. Wilczyca wyglądała pięknie.
– Jedziemy na wycieczkę za miasto.
– Chętnie – odpowiedziałem i nie pytałem o nic. Niech się dzieje przygoda, na razie nic nie potrzebuję wiedzieć.
– Do Zalesia – doprecyzowała.
– Proszę bardzo – odwdzięczyłem się entuzjazmem. Naprawdę miałem ochotę z nią jechać. Nie ważne czy do Zalesia, czy do Zadupia, to bez znaczenia. – Ładny mercedes – skomplementowałem.
Przez resztę drogi opowiadała mi o swoim samochodzie. Wilczyca uwielbia samochody. Uwielbia nowe technologie, telefony komórkowe, tablety, gadżety. Lubi mechanikę, silniki, zapach spalin, brud smaru. Kupuje stare graty, grzebie w nich, później przerabia, dopieszcza, robi z nich prawdziwe unikaty, lusterka od ciężarówki, reflektory od amfibii, spojlery od ferrari, dwadzieścia anten sterczy jakby to był stwór kolczasty. Nie ma drugiego takiego samochodu. Szyby przyciemnione, kolor czarny jak w karawanach.
Wilczyca prowadzi szybko, pewnie, łamie wszystkie przepisy. Nie dotyczą jej znaki drogowe, światła, ograniczenia prędkości. Jest jak Batman w swoim Batmobile. Nie zdziwiłbym się, gdyby pod zderzakami były działa, wyrzutnie rakiet czy karabiny maszynowe. Jak trąbi, to trąbi wściekle. Ale nie denerwuje się, prowadzi uśmiechnięta, sprawia jej to frajdę.
Mi w sumie też. Trochę żałuję, że usiadłem z tyłu. Ta ekscytująca jazda sprawia, że chętnie był ją złapał za kolano, za udo, sprawdził czy założyła majtki, jestem pewien, że nie, nie przypominam sobie, żebym ją kiedyś widział w majtkach. Szczerzy zęby do lusterka, jakby odgadywała moje myśli. Nie mówimy nic.
Wjeżdżamy na kemping nad jeziorkiem. Zostawiamy mercedesa na parkingu. Prowadzi mnie do jakiegoś drewnianego domku. Syfiaste te domki, zbudowane chyba w innych czasach, kiedy ludzie w Polsce nie mieli jeszcze pojęcia o komforcie spędzania wolnego czasu. Przed domkiem, na leżaku, w czarnych okularach, wyleguje się kolega Mareczek. Okutany, bo wieje, pod kocem, ale leżakuje jak panisko. Tyle, że to taki sam bieda-leżak, jak bieda-domek i bieda-kemping. Wilczyca wyjmuje z torby trzy puszki piwa Tyskie, na codzień pracuje w Kampanii Piwowarskiej, gdzie zajmuje się marketingiem, albo sprzedażą, albo czymś tam, dostaje te piwa i zawsze ma gdzieś jakieś puszki poupychane. Podaje nam po piwie Tyskie, jest ciepłe, na pewno paskudne, nie będę próbował, trzymam jednak, bo tak trzeba.
Zaczynamy wojenną naradę.
Wilczyca przez ostatnie dni dowiedziała się więcej niż ja przez ostatnie tygodnie, być może wie więcej niż policja i służby specjalne. Zna imiona, albo ksywy, podaje lokalizację, mówi jakby już strzelała z automatu, co, kto, gdzie, kiedy, jak, dlaczego. Mareczek chce jej przerwać, ale zamyka usta, widząc karcące Wilcze spojrzenie. Jest piękna, kiedy tak do nas przemawia, nie interesuje mnie, co mówi, nie interesuje mnie, co ma się stać, chcę ją zerżnąć, najlepiej od razu, może być w tym domku drewnianym. Nie taki jest jednak Wilczy plan. Mareczek potulnie pakuje swój tobołek, gniecie pustą puszkę po piwie Tyskie, Wilczyca swojej nie gniecie, wrzuca do stojącego kosza, wylewa się, więc nie wypiła do końca, ja nie wypiłem wcale, wyrzucam więc puszkę pełną i nie otwartą, nie lubię piwa, ani Tyskiego, ani żadnego. Znów do mercedesa, tym razem siadam z przodu, Mareczek niezadowolony z tyłu, ale go uprzedziłem, jedziemy na akcję, nie obchodzi mnie, co to za akcja, dobrze, że coś się dzieje, że nie muszę siedzieć w domu ze swoimi kotami, ze swoimi lękami, że jestem tu, z przodu, obok Wilczycy, a ona ma sukienkę powyżej kolan i czerwone, za krótkie, pończochy. Gestem niby obojętnym unoszę nieco sukienkę, odsłaniam apetyczne udo. Wilczyca szczerzy zęby, nic nie mówi, ale szczerzy wrogo, jakby kąsnąć miała, więc na razie nie sprawdzam, czy jest bez majtek. Fantazjuję, że na pewno bez.
– Skup się! – krzyczy i jednocześnie boleśnie szczypie. – Przestań fantazjować.
Czyta w myślach, cholera jedna.
– Parkujemy na skraju lasu. Podchodzimy od tyłu pod ich willę. Przechodzimy ogrodzenie, mam do tego potrzebny sprzęt. Po drugiej stronie ogrodzenia jest dalej las. Są kamery, ale nie obejmują całości terenu – opowiada Wilczyca, co ma się zdarzyć.
Opowiada o tym, w czym mam brać udział i ja.
– Ja wchodzę od strony tarasu, wy dziesięć kroków za mną, wychodzimy na otwartą przestrzeń i od razu zaczynamy strzelać, nie ważne, czy ktoś tam jest, strzelamy bez przerwy, niech myślą, że to komandosi. Kiedy rzucę na taras granat, wy padacie na ziemię, ale nie przestajecie strzelać. Na prawo od tarasu jest pusty basen, tam wskakujemy. Rzucam kolejny granat i czekamy w ciszy na ich ruch.
Nie myślę już o tym, czy jest bez majtek. Kurwa, w co znowu się wpakowałem? Odwracam głowę, Mareczek z tyłu blady, ale oczy mu się świecą z podniecenia. Tak, jemu to się na pewno podoba.
Robimy po kolei wszystko, co zaplanowała. Parkujemy, Wilczyca rozdaje broń, karabiny, granaty takie i takie, pistolety, sprzęt do wspinaczki, kamizelki kuloodporne, hełmy, okulary. Wyglądam jak Robocop. Skradamy się, przechodzimy przez ogrodzenie, ciężko, ten arsenał waży chyba tonę, a ja słaby jestem, źle spałem w nocy, mało zjadłem na śniadanie, kogo to obchodzi, mnie to obchodzi, ale nikt się tu ze mną nie liczy. Jest akcja, są rozkazy, jest nasz Wilczy dowódca z wyszczerzonymi zębami. Zeskakujemy, drzewa, biegniemy w ciszy, dyszę i sił nie mam, ale biegnę dziesięć kroków za Wilczycą, przepisowo, wojskowo. Ona wypada na otwartą przestrzeń i ratatatata z automatu, strzela przed siebie. My strzelamy gdzieś w górę, na boki, nie do przodu, bo ją zastrzelimy, a bez niej to przecież nie wiadomo, co i jak. Nie słuchałem podczas narady wojennej, nie wiem jaki jest plan B, jeśli jest, jaki plan odwrotu, co na wypadek śmierci dowódcy Wilczego, naszego. Ratatata, bum, granat, ratatarata, bum granat i hop do basenu, i bum granat. I cisza. Cisza. Cisza. Nikt do nas nie strzela. Nikt się nie poddaje, nikt nie błaga o litość, nikt nie krzyczy z bólu, jeśli ktoś tam kona, to robi to w ciszy. Wyczołgujemy się z basenu. Czołgamy się w stronę tarasu, tam płomienie, śmierć i zniszczenie.
Porozrzucane trupy, ręka, noga, mózg na ścianie. Rozpoznaję poszarpane kobiece ciało, to ta Bułgarka z ruin fabryki Schichta. Wilczyca zrobiła dobre rozpoznanie terenu i uderzyła skutecznie, z zaskoczenia. Obok trzy męskie trupy. Wilczyca wyjmuje z plecaka gaśnicę i wchodzi do płonącej willi. Mareczek za nią. Ja zostaję.
Wychodzą po długich jak wieczność dziesięciu albo piętnastu minutach, Wilczyca niesie pod pachą dużego rosyjskiego kota, jest wystraszony i próbuje się wyrwać, ale ona trzyma go w stalowym uścisku swych Wilczych szponów. Mareczek, który się krztusi i pluje, wyprowadza za rękę jakąś bardzo młodą dziewczynkę, lat piętnaście na oko, chudą i niezbyt ładną, ale też niezbyt brzydką, kaczątko takie, młode i jeszcze nie opierzone, może kiedyś będzie z niej łabędź.
– Może kiedyś będzie z niej łabędź – mówię, wskazując na chudą dziewczynę, mówię, bo wydaje mi się, że coś powiedzieć trzeba, że jak coś powiem, to moje tchórzostwo zostanie odpuszczone. Wilczyca szczerzy w uśmiechu zęby. Odpuszczone.
– Spieprzamy – rzuca nasza przywódczyni, a mi nie trzeba tego dwa razy powtarzać. Biegnę do mercedesa tak, jakbym codziennie trenował jogging w hełmie, ciężkiej kamizelce, z plecakiem, granatami i kałasznikowem.
Spieprzamy. Wilczyca prowadzi, ja obok niej, z tyłu Mareczek i pochlipująca kupka dziewczęcego nieszczęścia, zestresowany kot rosyjski u mnie na kolanach. Jedziemy do centrum Warszawy, Wilczyca parkuje przed jakimś urzędem do spraw uchodźców, każe dziewczynce wysiadać, zostawia ją zasmarkaną na chodniku i po rosyjsku jej mówi, do których drzwi ma się skierować. Nie wiem, czy dziewczynka rozumie, chlipie dalej.
– Nie nasza sprawa – mówi Wilczyca i już znów jedziemy.
Wiezie Mareczka na Żoliborz, tu mu każe wysiadać, on chce coś powiedzieć, ale karci go srogim spojrzeniem. Każe mu wziąć kota i opiekować się nim. Oddaję z żalem, ale Piszczuś by mi nie wybaczył, gdybym przyjął rosyjskiego biedaka do domu.
Potem, łamiąc wszelkie przepisy, nie zważając na światła, znaki drogowe i innych uczestników ruchu, jedzie uśmiechnięta znów w stronę Piaseczna, znów w stronę Zalesia. Włącza muzykę, TV Smith śpiewa.
Expensive being poor
And the car is of the road
But I never had a car
But I pay more for food
But the supermarkets too far
Wilczyca mu wtóruje, fałszując przeraźliwie.
It’s expensive being poor
Dojeżdżamy na ponury kemping, zostawiamy samochód na brudnym parkingu, idziemy do cuchnącego grzybem i wilgocią domku, Wilczyca nie ma na sobie majtek, kochamy się wściekle, ona wbija we mnie zęby, ja biernie się poddaję, nie kochaliśmy się tak jeszcze nigdy, nie pragnąłem jej tak jeszcze nigdy, potem opadamy z sił, ona otwiera dwa piwa Tyskie, a ja piję chciwie, choć nie lubię piwa, ale strasznie mi się chce po tym wszystkim pić.
A potem idziemy do baru na rybkę z frytkami, a potem do sklepu po wódkę, jest tylko Żubrówka Biała, niech będzie Żubrówka Biała, na ciepło, z plastikowych kubeczków, trudno, trzymamy się za ręce, idziemy przez las, pijani od słów, mówimy sobie wszystko to, co nie jest prawdą, ale co mamy ochotę powiedzieć, idąc przez las. Mrówki, igliwie, mech, żywica, cudowny, zaczarowany las, piani od słów, pijani ciepłą Żubrówką Białą, już nie z plastikowych kubeczków, już z butelki, dużo leję do gardła, ona też dużo leje do gardła, śmiejemy się, kręcimy w kółko, tańczymy dziki taniec.
Zgasić światło i wyłączyć muzykę
Tańczyć nago dziki taniec
Tańcząc w ciszy i w ciemności mogę się potykać, mogę gubić krok
Tańcząc w ciszy i w ciemności nie jestem żołnierzem,
Nie jestem częścią całości
Nie jestem dokładnie dopasowanym elementem szeregu.
Spokój!
Wilczyca znika gdzieś w ciemności drzew. Wilczyca wyłania się gdzieś z ciemności drzew. Mrówki, mech, igliwie, żywica, deszcz, chłód, jesteśmy nadzy, jesteśmy pijani, jesteśmy przez chwilę szczęśliwi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pole komenatarz jest wymagane.

Zobacz ostatnie wpisy

18 stycznia 2019 o godz. 18:09

Profesjonaliści

Niedaleko mnie otworzyli nowy sklep sieciowy z winem i mocnymi alkoholami. Firma na rynku od wielu lat, nie będę wymieniał nazwy. Mają dziewięć sklepów w województwie Mazowieckim. Własna selekcja win, ciekawa oferta alkoholi mocnych. Pytam sprzedawcę o butelkę armaniaku, żeby mi kilka zdań powiedział, co to i skąd? Zadowolony z siebie, odpowiada, że wprawdzie nic nie wie o tym, o co pytam, ale może mi polecić koniak „bardzo dobry dla restauracji”. Odpowiadam grzecznie, że ja chcę coś „bardzo dobrego do domu” i pytam o butelkę z amerykańską whiskey, wymieniając nazwę z etykiety. Pan długo szuka, choć butelka na wprost mnie, wreszcie z uśmiechem od ucha do ucha oświadcza: „ja jestem od niedawna w tej branży, jeszcze nie wszystko znam”.

22 grudnia 2018 o godz. 14:55

Wódka z eliksirem

„Bez potrzeby, a co dzień, kto gorzałkę pije, / Błaźnieje i sam nie wie, co się w głowie wije, / Próżniak z niego ospały, jak wilk do roboty, / Mało co lub nic dobry, zapada w suchoty”. ~Serafin Gamalski „Wódka z eliksirem” (1729)

20 grudnia 2018 o godz. 13:52

Bądźcie szczęśliwi!

Man_dressed_as_Santa_Claus_smoking_a_cigarette

Dostojnego Mikołaja i lekkiego kaca życzę wszystkim moim drogim czytelnikom. Bądźcie szczęśliwi, jeśli potraficie. Jak nie potraficie, to nie bądźcie. Szczęście to towar deficytowy. Być umiarkowanie zadowolonym też można Mery, mery i koci, koci.

19 grudnia 2018 o godz. 20:52

Królestwo

692496-352x500

Czytelnicy „Króla” raczej nie oczekiwali kontynuacji i nowa powieść Szczepana Twardocha jest pewnym zaskoczeniem, choć jednocześnie trzeba autorowi przyznać, że uniknął wtórności, przynajmniej w wymiarze literackim, bo kwestia światopoglądowa czy polityczna, to osobny temat. W nowej powieści czytelnik poznaje wojenne losy Jakuba Szapiro i bliskich mu osób – żony, dwóch kochanek i dwóch synów. „Król” był książką łobuzerską o silnie socjalistycznym zabarwieniu, tu mamy natomiast wstrząsającą relację Żydów, którzy próbują przeżyć najgorszy koszmar – wywłaszczenie, getto, likwidację getta, powstanie Warszawskie. To wstrząsająca książka o zagładzie, w której Jakub Szapiro z charyzmatycznego herszta bandy przeistacza się w zaszczutą, bezwolną ofiarę. Jakże inna jest atmosfera obydwu powieści, jakże inna kondycja psychiczna tych samych przecież ludzi. Przed wojną i w czasie wojny, dwa całkowicie oddzielone od siebie światy, choć na scenie zdarzeń ci sami aktorzy. Niesamowicie Twardoch potrafi opowiadać o ludzkich losach, o przeznaczeniu, o winie i karze. Mamy tu plejadę postaci drugoplanowych, których dzieje nie są tylko uzupełnieniem głównego toku narracji, one tworzą historię.

19 grudnia 2018 o godz. 00:23

Belferska grypa

Nauczyciele na chorobowym. Świetny przykład dziatwie dają. Nie chcesz iść do roboty, to symuluj, że chorujesz. I skombinuj zwolnienie. Pięknie.

15 grudnia 2018 o godz. 22:38

Miasto, mafia & miłość

okladka_3m

Cztery lata pisałem, trzy razy zmieniałem tytuł, dwa razy koncepcję fabuły. Jest. Moja nowa powieść ma tytuł „3M” i ukaże się w pierwszym kwartale 2019 roku. Jest miasto, jest mafia, jest miłość, ale są tez trzy koty. Miasto Warszawa, mafia bułgarska, a miłość nieudana. Dużo trupów i optymistyczne zakończenie, żeby nie zostawiać czytelnika w złym humorze.

15 grudnia 2018 o godz. 22:35

3M: Miasto, mafia & miłość

Fragment nowej powieści.

10 grudnia 2018 o godz. 08:44

Wizyta w Palírna Samotišky

Samotisky (6)

Na obrzeżach Ołomuńca w 1996 roku została otwarta nowoczesna destylarnia przetwarzająca owoce – Palírna Samotišky. Lokalni sadownicy mogą tu przedestylować własne owoce, ale firma ma w ofercie także pięć własnych destylatów oraz prowadzi skład podatkowy.

9 grudnia 2018 o godz. 18:38

Wizyta w destylarni Palírna U Zeleného Stromu

U Zeleneho Stromu 2018-11-28 10-47-59

Uwieczniona na etykietach data założenia firmy, to 1518 rok. To by znaczyło, że Palírna U Zeleného Stromu (Gorzelnia Pod Zielonym Drzewem) jest najstarszą destylarnią nie tylko w Czechach, ale w ogóle na świecie. Na pewno są drugim pod względem wielkości producentem mocnych alkoholi w Czechach, po Stocku. Co do historii, to jak zwykle sporo tu marketingu, ale oficjalnie w 2018 roku świętowali pięćsetlecie, wypuszczając m.in. bardzo limitowaną edycję wódki Stará Myslivecká, która leżakowała przez osiem lat w beczkach z amerykańskiego dębu. Na rynek trafiło 299 numerowanych karafek.

9 grudnia 2018 o godz. 15:49

Porady markiza z Griñón

„Dobre wino jest sztuką, która rozkwita wraz z wolnością; dobre wino jest zatem radosną esencją wolności” (Carlos Falcó „Wino. Porady markiza z Griñón)